Balaban wreszcie w Polsce. Wydała go Afera z Wrocławia w tłumaczeniu Julii Różewicz. Tytuł: "Wakacje. Możliwe, że odchodzimy".
Można o Balabanie powiedzieć „najlepszy pisarz czeski” –
„Możliwe, że odchodzimy” została nie tylko Książką Roku 2004 w plebiscycie Lidovych novin (głosuje ponad setka jurorów), ale dostała też nagrodę Magnesia Litera (odpowiednik naszej
Nike) jako Książka Dziesięciolecia. A można powiedzieć „nieczeski pisarz
czeski”, bo nie opowiada wesoło i nie jest krzepiący. W Czechach pisano, że
każdy z jego bohaterów niesie swój krzyż, co jak na książkę czeską jest
zaskakującym stwierdzeniem. Wiele opowiadań nie ma wyraźnego zakończenia,
jednak nie oczekujemy, że bohaterów spotka jakiś happy end. Zostawiamy ich
wiszących nad przepaścią. Pisano, że Balaban przybliża Czechom to, od czego
uciekają w wesołość.
Życie Jana Balabana miało swoją pointę niedawno. 49-letni pisarz
pisał nową książkę. Zmierzył się w niej z tematem śmierci, inspirowany śmiercią
swojego ojca. Kiedy postawił ostatnią kropkę, umarł. Zabiło go jego własne,
zbyt rozrastające się serce.
Z pisarzem rozmawiałem w
październiku 2006 roku i rozmowę tę wykorzystałem w "Zrób sobie raj". Żeby zachęcić Was do kupna pierwszego polskiego wydania Balabána, cytuję fragment o nim z mojej książki:
Bóg
w pohodie
Pewien recenzent zarzucił
zbiorowi opowiadań autorstwa Jana Balabána, że słowo „Bóg” występuje w nich aż trzydzieści
pięć razy, podczas gdy on, recenzent, używa go może raz w roku.
Jan Balabán (kiedy rozmawiamy, ma 45 lat),
pisarz z Ostrawy – jego zbiór opowiadań „Możliwe, że
odchodzimy” został Książką Roku 2004 – wychowany w ewangelickiej
rodzinie, wierzący.
–
Chodzić do kościoła tu, w Ostrawie, mieszance przemysłu i komunizmu, oznaczało w
moim dzieciństwie coś niezwykłego – opowiada. – Kiedy kolega zobaczył u nas w
domu Biblię, dostał ataku śmiechu. W szkole byłem ośmieszany. „Balabán jest
pobożny, cha, cha!”.
Bohaterowie jego książek żyją w blokowiskach Ostrawy, między
szybami kopalń. Nie są dowcipnymi Czechami. Są samotni i po przejściach. Często
ich życie wydaje się im zbędne. Są jak postacie z obrazów Edwarda Hoppera:
tkwią nieruchomo w hotelowych pokojach, ale czujemy tam obecność jeszcze czegoś
lub kogoś. Książka Balabána "Możliwe, że odchodzimy"
mogłaby się więc nazywać „Możliwe, że nie jesteśmy sami”.
Pisarz uważa, że pokazuje ludzi z potrzebą pytań: co nas
przewyższa?, dlaczego tu jestem?, a recenzenci twierdzą, że po prostu pisze o
nieudacznikach. – Piszę o prawdziwym społeczeństwie, tylko to nie pasuje do
czeskiego poczucia pohody –
wyjaśnia.
W Czechach pohoda jest niezbędna jak
tlen.
Benjamin Kuras, brytyjski dramaturg czeskiego pochodzenia, w
swojej analizie czeskiego charakteru zauważa, że akceptację Anglika pozyska się
dla rzeczy, które dobrze brzmią, bo to naród słuchowców. Niemiec (wzrokowiec)
zaakceptuje coś, co przyzwoicie i czysto wygląda. Włoch musi mieć rzeczy w
dobrym guście. Czech natomiast, aby cokolwiek zaakceptował, musi się dobrze w
tym czuć.
W Czechach najważniejsza jest pohoda. Słowo
bardziej przydatne niż „ideologia” czy „honor”. Pohoda to
dobry nastrój, spokój, pogodne usposobienie, przytulność miejsca,
bezkonfliktowe związki. Słowem, nie robić ludziom i sobie przykrości. Pohoda lubi piwo.
„Wszystko w pohodie” – może
powiedzieć człowiek po stosunku, gość do kelnera po przyniesieniu dań, aktorka
do koleżanki po pierwszym akcie. „Wszystko w pohodie”
– to jedno z najbardziej pożądanych wyznań.
Dlatego socjalizm miał tu „ludzką twarz”, a rewolucję opakowano
w „aksamit”. „Chcesz lojalności Czecha, musisz mu najpierw zapewnić pohodę” – pisze Kuras. Na pierwszym miejscu Czech stawia
bowiem samopoczucie. Wyssać z każdego drobiazgu coś pozytywnego. (Jeśli weźmiemy
jakąś czeską powieść tłumaczoną na polski, idę o zakład, że na okładce będzie
napis w typie: „Pogodna, pełna humoru opowieść o człowieku, który bierze życie
takim jakie jest, i potrafi się cieszyć każdą jego chwilą” – bo pohoda to
jest to, czego z czeskiej kultury pożądamy i my, Polacy).
„Bawmy się, cieszmy, jesteśmy przecież Czechami” – woła bohater
jednego z ważniejszych czeskich filmów lat sześćdziesiątych. To film „Odwaga na co dzień” – o tym, że kto nie ma odwagi spojrzeć w
twarz rzeczywistości i dławi sumienie, ten sam skazuje się na los rozbitka.
– Ta cała pohoda jako dominująca
część czeskiej kultury mnie denerwuje – mówi Jan Balabán. – Nie wierzę w nią.
Kiedy brakuje Boga, zaśmianie lęków jest bardzo przydatne. Tylko że to nie
pozwala zbliżyć się do tego, co w nas przykre. Żarty, hece, ironia mają
spowodować duchową homeostazę. Że tak naprawdę wszyscy jesteśmy fajni.
– A
może Czesi sobie stworzyli kulturę jako prozac? – zastanawiam się.
– Ale
przecież prozac to ucieczka od prawdy.