7 października Agora zaczęła wydawać kolekcję literatury czeskiej (z filmami), którą mam przyjemność reklamować, opatrywać poleceniami na okładkach oraz pisać o niej co tydzień felietony w sobotnim "Magazynie Świątecznym Gazety Wyborczej". Felietony nie pojawią się na wyborcza.pl, ani na mojej stronie www. Są tylko w drukowanej wersji "Gazety". Ale dostałem zgodę, by zamieścić tu mój szkic zapowiadający całą kolekcję (ukazał się w dniu jej inauguracji).
Lista poszczególnych książek i ich filmowych adaptacji jest tutaj: http://kulturalnysklep.pl/LC/prcl/kolekcja--literatura-czeska-.html
Reklamówka tv: http://www.youtube.com/watch?v=mxcYhdjVstg
A teraz tekst:
W ubiegłą sobotę pan Zdeněk Strnadel z Šumperku, korzystając z pięknej pogody, wyprawił się w
Góry Złote, gdzie na szczycie Borówkowej Góry wszedł do wieży widokowej, skąd
rozpościera się widok na polską i czeską stronę. Obok wieży, już na terytorium
Czech, znajduje się bufet, dalej tablica upamiętniająca Solidarność
Polsko-Czeską i księdza z pobliskiego Gierałtowa, który ją popierał. W bufecie
płaci się złotówkami i koronami, a na ścianie widnieją cytaty w obu językach.
Bufetowy Czech każdego dnia aktualizuje informację, kto ma dziś w Czechach i
Polsce imieniny. Ponieważ pan Zdeněk był tam już któryś raz, w ostatnią sobotę
bufetowy zaprosił go na zaplecze i pokazał tablicę z dwujęzycznym napisem,
którą na wielokrotne prośby polskich turystów musiał ściągnąć ze ściany i
schować.
Pan Zdeněk
Strnadel spytał mnie w mailu, czy chcę znać treść tego napisu. Jeśli
potwierdzę, że jestem gotowy dowiedzieć się, co tak brzydzi moich rodaków, to
może mi przysłać.
Nie mogłem
doczekać się ujawnienia, cóż Polacy chcą ukryć sami przed sobą.
Następnego
dnia pan Zdeněk przysłał mi treść napisu. (Państwo jeszcze mają szansę, żeby
odłożyć ten felieton i nie czytać).
*
Jeśli
jesteście gotowi, to cytuję: „DOPÓKI ŻYJESZ, JEDZ I PIJ. PO ŚMIERCI JUŻ NIE
BĘDZIESZ MIEĆ ŻADNEJ RADOŚCI”.
*
Szukałem
na dzisiaj takiej właśnie sceny czy anegdoty, która oddawałby ducha czeskiej
literatury. Może nieprecyzyjnie się wyraziłem. Literatura czeska to przecież i
literatura psychologiczna, i metafizyczna, i wypoczynkowa, i patriotyczna, i
eksperymentalna, i katolicka nawet. Trudno bez lęku przed wykształconymi
bohemistami w dwóch zdaniach nazwać jej ducha. Powiem więc inaczej: szukałem
czegoś, co oddałoby ducha czeskiej literatury – tak jak go czują Polacy.
Obrazka, który zawarłby to, czego w książkach naszych sąsiadów łakniemy.
I pan
Zdeněk bardzo mi ułatwił zadanie.
Literatura
czeska kocha szczegół, życie i zwykłego człowieka. Uszlachetnia zwyczajne. Hrabal w
„Obsługiwałem angielskiego króla”, opisuje niejakiego Tondę, który zziębniętym
na mrozie przekupkom niesie z hotelu gorące flaczki w garnku. Pisze o nim, że
niesie garnek w taki sposób, jakby niósł w tych flaczkach własne serce. Ludzkie
serce we flaczkach, posiekane i przyrządzone na cebulce z papryką…
À propos
serca, to u Oty Pavla w „Śmierci pięknych saren” nad Potokiem Skrzywańskim
mieszkał emerytowany gajowy pan Karol Kalous, który miał serce tak dobre, że
nikomu go nigdy nie okazywał.
Coś
magicznego jest w tym podnoszeniu przez Czechów zwyczajności do rangi
literatury, bo nawet u Michala Viewegha („Wychowanie panien w Czechach”) banał
jest tylko banałem, banalne czynności nie są niczym więcej niż tylko banalnymi
czynnościami, pisarz nie próbuje ich ani uwznioślać, ani poetyzować, jego
książki mają wdzięk instrukcji obsługi pralki, a przez społeczeństwo czeskie
jest i tak najbardziej cenionym czeskim pisarzem. Uważa się go za lepszego od
Hrabala, Kundery, Škvoreckiego i Oty Pavla razem wziętych. Na jakiej podstawie
to mówię? Na podstawie wyników sprzedaży. Dlatego szanuję Viewegha za to, że
posiadł tajemnicę zniewalania czytelnika. Moim książkom udaje się wytrzymać na
pierwszym miejscu czeskich list bestsellerów cztery tygodnie, jego książkom po
czternaście.
*
Wracając
do napisu ukrytego za barem. To wysysanie uroku z pospolitości życia, widoczne
tak w czeskiej literaturze, jak i filmie, musi mieć – moim zdaniem – źródło w
braku Boga i braku perspektywy wiecznej. Mamy jedno życie, tego pozagrobowego
nie będzie, więc trzeba je maksymalnie wyzyskać i docenić. Wydaje mi się, że to
właśnie w czeskiej literaturze lubią Polacy.
Wiem, może to
zbytnie uogólnienie. Ale nawet Kafka nie umykał przed uogólnieniami, wyznając
na przykład: „Lubię Amerykanów, bo są zdrowi i optymistyczni”. Bez uogólnień,
proszę Państwa, nasze życie byłoby życiem na bagnie.
*
Od dziś zaczynamy odkrywać przed
Czytelnikami „Gazety” to, co schował bufetowy z Borówkowej Góry.
Jednak powiedzieć, że „Gazeta” zaczęła
wydawać kolekcję literatury czeskiej XX wieku, to nie powiedzieć całej prawdy.
Od jutra rozpoczynamy bowiem coś, co należałoby nazwać 17-tygodniowym gazetowym
festiwalem kultury czeskiej! Bowiem do najciekawszych, ważnych czy choćby
bardzo popularnych czeskich książek dołączamy ich adaptacje filmowe. I są wśród
nich filmy, które dotąd nie były w Polsce dostępne w sprzedaży. Filmy reżyserów
dla czeskiej kultury ważnych, ale szerzej prezentowanych w Polsce tylko na
czechofilskich przeglądach.
Pomysłodawcą serii jest Marek Włodarski,
absolwent polonistyki, któremu czechofile powinni postawić wódkę.
W adaptacjach filmowych naszej kolekcji
znalazły się bowiem arcydzieła takie jak „Palacz zwłok” – w reżyserii Słowaka
Juraja Herza czy „Sklep przy głównej ulicy”, nakręcony też przez– Elmara i
Klosa, z Idą Kamińską, polską aktorką, która za rolę w tym filmie jako pierwsza
aktorka z naszej części Europy była nominowana do Oscara. Oba filmy we
wszystkich rankingach filmów czeskich i czechosłowackich XX wieku zajęły najwyższe
miejsca, wyprzedzając nawet oskarowe „Pociągi pod specjalnym nadzorem” (też
dołączymy).
Jednak oprócz filmów wielkich w serii
znalazły się filmy szczególne. Na przykład po raz pierwszy w dystrybucji w
Polsce będziemy mieli film legendarnego czeskiego reżysera, który nie jest w
Polsce szerzej znany. Otakar Vávra nakręcił w filmową wersję powieści
„Krakatit” Karela Čapka.
Obaj dzisiaj wymagają u nas reklamy.
Čapek to najnowocześniejszy pisarz
europejski pierwszej połowy XX wieku. Chciał, żeby Czesi przezwyciężyli swój
problem małego narodu, otwierając się na uniwersalność. Opracowywał więc
literacko wszystkie problemy nowoczesności lat 20. i 30. „Krakatit” jest i
przestrogą przed bronią masowego rażenia, choć tak wtedy jej nie nazywano, i
powieścią akcji.
Film, który na podstawie książki nakręcił w
1948 r. Otakar Vávra ma klimat filmów noir, jak je nazywano w latach 40. Filmów
z niepokojącą tajemnicą. Choć w Czechosłowacji właśnie w 1948 komuniści doszli
do władzy i film był odczytany przede wszystkim jako dzieło
antyimperialistyczne.
Wracając do samego reżysera Vávry. Dożył stu
lat i zmarł niecałe dwa miesiące temu. Jest nie tylko legendarnym reżyserem,
ale też „legendą w przystosowywaniu się”. Kręcił w demokracji przedwojennej,
kręcił za Hitlera, kręcił za Stalina, kręcił w odwilży, kręcił za
neostalinowskiej normalizacji i kręcił po upadku komunizmu, utrzymując się
zawsze na szczycie. Kiedy w 1996 r. wydał swoje wspomnienia, świadomie bądź też
nie, w trzecim zdaniu napisał coś, co chyba świetnie tłumaczy jego życiową
metodę: „Żyłem, wyłącznie patrząc w przód”.
*
Już w pierwszej książce z naszej
kolekcji – „Obsługiwałem angielskiego
króla” Bohumila Hrabala – poznajemy złotą zasadę przetrwania. Po pierwsze – nic
nie widziałeś i nic nie słyszałeś, po drugie – wszystko widziałeś i wszystko
słyszałeś. To powieść o sposobie na przeżycie, innym niż sposób polski. A
zarazem jedna z najodważniejszych i najbardziej szczerych czeskich książek. Bo
jest o tym – jak w wywiadzie dla „Gazety” stwierdził Jiří
Menzel, którego głośna i kontrowersyjna ekranizacja tej powieści dołączona
będzie do wydania – że sławy nie
przynosi Czechom to, że gdzieś panowali. Sławę przynosi im to, że komuś
usługiwali.
Literatura czeska ma jeszcze jedną
właściwość, która mi bardzo imponuje: szczerość i odwagę pokazywaniu narodu
czeskiego z niezbyt chlubnej strony. Zawsze zastanawiam się, czy odwaga
Gombrowicza nie była aby odwagą stricte argentyńską. Czy starczyłoby mu jej,
gdyby o swoim „drugorzędnym narodzie” pisał i drukował w Warszawie? Czeskich
pisarzy o gombrowiczowskiej odwadze drwienia było wielu. Jednak drwili,
pozostając na miejscu.
Inna rozprawa o konformizmie, „Palacz
zwłok” – powieść Ladislava Fuksa z 1967 roku – opowiada o dyrektorze
krematorium panu Karolu Kopfrkinglu, który ze swym gołębim charakterem od
uwielbienia dla pacyfizmu przechodzi do uwielbienia dla hitleryzmu. Aż
postanawia przestać być Czechem i zostaje Niemcem. Żeby dostosować się do
wymagań nowych czasów (koniec lat 30.) najpierw zabija swoją żonę półkrwi Żydówkę,
a potem córkę i syna. Pan Kopfrkingl, który najczęściej zwraca się do innych z
uśmiechem, a jego ulubione słowo to „czułość” w różnych wariantach, mówi w
duchu do ciała żony: „Uratowałem cię, droga, przed cierpieniem, które by cię
czekało. Jak ty byś, aniele, z tą swoją krwią cierpiała w nowym szczęśliwym,
sprawiedliwym świecie”.
Każdy człowiek będzie potworem, tylko trzeba
mu dać szansę. To chce nam powiedzieć Fuks, i to na kilka lat przed słynnym
eksperymentem Zimbardo.
W tym roku filmową adaptację „Palacza zwłok”
pokazywano w Pradze na przeglądzie Psychofilm w sekcji Blaski i Cienie
Konformizmu (przeczytałem tę nazwę z oczami jak pięć złotych, bo do głowy mi
nie przyszło, że konformizm może mieć swoje „blaski”).
Jest pewna życiowa prawda, którą poznałem,
korzystając z psychoterapii, zaś milionom Czechów podpowiada ją od stu lat ich
własna literatura. Prawdę ową wyraża jedno zdanie: „Jeśli czegoś nie da się
ukryć, naucz się o tym mówić”.
Owa prawda stanowi (oprócz tej, którą
ujawnił pan Zdeněk) drugą ważną cechę literatury czeskiej, a
najlepszym jej wyrazicielem był autor „Szwejka”, który przecież podczas wojny
uciekł z pola walki w damskim przebraniu.
*
Też będę z Państwem szczery: są w tej
kolekcji książki, które mnie osobiście nie zachwycają, ale zachwycają Czechów i
świat.
Aleksander Kaczorowski, tłumacz i eseista,
do którego wiedzy o literaturze czeskiej mam duże zaufanie – o „Batalionie
czołgów” Škvoreckiego pisał, że to najzabawniejsza książka słynnego pisarza.
Ponieważ odczytywano ją w Czechach jako nowe wcielenie Szwejka, tylko tym razem
w komunistycznej armii, Alek uważa, że gdyby Szwejk przeczytał o młodszym
koledze, uśmiałby się do rozpuku. A ja nie, Drodzy Państwo. Nic, albo lepiej:
NIC mnie w tej książce nie śmieszy. Niemniej uważam, że jej brak w kolekcji
byłby brakiem dotkliwym. Bowiem kiedy pierwszy rozdział „Batalionu czołgów”
wydrukowało jedno czasopismo, główny oficer polityczny armii w ataku
wściekłości zakazał wszystkim gazetom publikowania jakiejkolwiek satyry o
wojsku. Kiedy w 1968 r. Czechosłowację najechali Sowieci i armie
zaprzyjaźnione, skład drukarski książki został zniszczony na chwilę przed
wydaniem. Ukazała się w 1969 r. u Gallimarda. A więc najpierw po francusku.
Sami Państwo przyznają, że wobec takich
dziejów tej powieści fakt, że nie podoba się ona panu Szczygłowi, nie powinien
mieć żadnego znaczenia.
*
Aaaa, i jeszcze jedno. W telewizyjnych
reklamach naszej kolekcji mówię, że literatura czeska to moja „láska nebeská”.
Gdyby ktoś nie wiedział, po czesku znaczy to „miłość nie z tej ziemi”.