|
|
|
|
|
|
|
| |
Czytelnicy przysyłają mi różne niespodzianki.
Pierwsza.
Lektura Pana
książek spowodowała, że z tegorocznych wakacji na Węgrzech (kraju, który darzę
podobnymi względami, jakimi darzy Pan Czechy i Morawy) wróciłem trochę naokoło.
Tak, aby zasmakować, choć trochę „czeskości”, o której naczytałem się w Pan
książkach wracałem przez Morawy i Czechy.
Proszę sobie
wyobrazić, ze, gdy córka ż żoną zażywały atrakcji związanych z Rumcajsem ja
udałem się na krótką włóczęgę po Jiczynie. Zacząłem ją od kościoła św. Jakuba,
który znajduje sie zaraz przy wejściu przez słynną jiczyńską bramę na równie
słynny jiczyński rynek.
Chciałem
zobaczyć jak wygląda przeciętny czeski kościół. Nie liczyłem, że spotkam
jakichś modlących się parafian tak jak to często bywa w naszych parafialnych
kościołach, ale chciałem poczuć choćby namiastkę ducha czeskiego kościoła, o
którym pisał Pan w swojej książce „Zrób sobie raj”.
Pierwsze, co
przykuło moją uwagę był to modlitewnik udostępniony na klęczniku pod chórem
potencjalnym gościom. Zaglądnąłem do niego, bo jako typowego Polaka ciekawiło
mnie jak brzmią modlitwy w „śmiesznym” czeskim języku. Taka głupia ciekawość.
Oczywiście nic mnie w nim nie „rozśmieszyło” a zaciekawił mnie inny fakt. Otóż
modlitewnik ten wydany był w 1940 roku i nie wyglądał na bardzo używany. Na
pozór cóż takiego niezwykłego w takim modlitewniku? A jednak za każdym razem,
kiedy sięgam wspomnieniami do tej chwili, kiedy miałem czeski modlitewnik
sprzed 70 lat w ręku, wraca specyficzne - trudne do opisania uczucie, jakie mi
wtedy towarzyszyło. Podobnego uczucia doświadczyłem dokładnie 30 lat wcześniej,
kiedy jako 10 latek byłem na koloniach w ówczesnej Czechosłowacji w miasteczku
Stříbro koło Pilzna. Wtedy to najnaturalniej w świecie prawie cała kolonia
poszła w niedzielę do miejscowego kościoła na mszę święta. Wtedy pierwszy raz
doznałem podobnego uczucia, kiedy wyraźnie wzruszony ksiądz po odprawionej mszy
wręczał nam dzieciakom święte obrazki na pamiątkę. Ale nie były to obrazki,
takie, do jakich byliśmy przyzwyczajeni w Polsce. Polskie obrazki były kolorowe
i przeważnie były wydrukowane na kredowym papierze. Takie obrazki, jako
dzieciaki otrzymywaliśmy zawsze na pamiątkę corocznej „kolędy”. Te czeskie były
czarnobiałe i wydrukowane były na szorstkim prawie szarym papierze. Były po
prostu z innej epoki. Przez wiele lat od czasu kiedy zostały wydrukowane nie
było po prostu okazji aby zużyć „zapasy” świętych obrazków. Podejrzewam, że
musiały pochodzić jeszcze z lat 30. a może 40. Wtedy w lecie 1981 roku
uświadomiłem sobie jak nieoczywiste są rzeczy do których w Polsce jesteśmy
przyzwyczajeni i które traktujemy jako coś oczywistego.
W lipcu 2011
roku, mając w ręku 70 letni czeski modlitewnik uświadomiłem sobie, że polski
odpowiednik leżałby już na półkach prafialnej biblioteki i traktowany byłby
prawie jak antyk. Przecież Polsce w międzyczasie wydano już tyle edycji
modlitewnika, a i Sobór, który odbył się w międzyczasie nieco zmienił jego treść.
Wychodząc z
jiczyńskiego kościoła wytrąciłem sie jednak z nastroju w jaki wprawiło mnie
spotkanie z modlitewnikiem. W kościele znalazłem oznaki tego, że jednak nie
wszystko w tym kościele „trąci myszką”. Nieopodal kruchty było pomieszczenie z
kolorowym napisem „Dětský koutek”. To oznaczało, że ktoś do tego kościoła stale
przychodzi i muszą to być ludzie w moim wieku lub młodsi, bo przychodzą z
małymi dziećmi. To mi zupełnie nie współgrało ze sprawą modlitewnika. Nie
umiałem tego wszystkiego sobie poukładać.
Ale dopiero
wychodząc natknąłem sie na coś, tak na prawdę sprawiło, że piszę do Pana ten
może przydługawy tekst. Otóż zaraz przy wejściu do kościoła wisiała gablotka z
katolickimi wydawnictwami. Przyjrzałem się jej, aby przyjrzeć się temu, co
publikują czescy katolicy, których prawie nie ma i których traktowałem trochę
jak członków wymarłej cywilizacji. To, co zobaczyłem widoczne jest na
załączonej fotografii (przepraszam, za jakość ale zrobiłem je „komórką”). Nie
wiem czy zaskoczy Pana to, co znalazłem miedzy książką o Matce Teresie z
Kalkuty i jakąś wersją Biblii dla dzieci? Mnie zaskoczyło. Wojciech
Leśków
|
|
|
|
|
|
|
| |
Druga
Impulsem do napisania do
Pana był rozdział o Davidzie Černým „Wkurzacz czeski” w książce Zrób sobie raj.
Otóż pisze Pan o naszym ogrodzie! To
znaczy nie dokładnie o naszym ogrodzie, ale o „zadkach” z galerii Futura
autorstwa Černego, które są w naszym ogrodzie:) Ponieważ ogrody mamy
połączone to sadząc kwiatki podsłuchuję polskich turystów komentujących
rzeźby. Sądzę zresztą, że w tym roku za sprawą Pana książki natłok
polskich turystów będzie znacznie większy:)
O samych zadkach jeszcze: nawet Pan nie przypuszcza, jakim „wkurzaczem” były do niedawna!
Z zadków, w kółko, bez przerwy, codziennie leciała piosenka „We are the
champions” Freddiego Mercurego. Po pewnym okazało się, że słyszę „We
are the champions” nie tylko u nas w ogrodzie, ale we wszystkich
ogrodach w ogóle! Na ten syndrom
cierpiały zresztą wszystkie osoby, które miały okazję przebywać w
pobliżu zadków przez dłuższy czas. W związku z tym wypowiedzieliśmy panu
Černemu wojnę. Mój partner Czech zaczął od rozmów z paniami w galerii,
które twierdziły, że muzykę może wyłączyć jedynie pan Černý. Taka
filozofia: swoje rzeźby, za pomocą swojego softwaru kontroluje tylko pan
Černý. Groźby i prośby nie pomagały (nawet te z odwołaniem do
harwaru:)). Przez pewien okres czasu
siedząc w ogrodzie z lampką morawskiego wina, w akompaniamencie
Freddiego snuliśmy plany, w jaki sposób pozbyć się kłopotu. Wśród
pomysłów było na przykład zatkanie zadków różowym papierem toaletowym…
Ostatecznie Filip spotkał się dwukrotnie z Davidem Černým (który na
spotkania przyjeżdżał, oczywiście, na motorze). Pan Černý stawiał opór,
ale ostatecznie wojnę wygraliśmy. Nie jestem pewna, możliwe, że
ucierpiała sztuka, ale
my czujemy się teraz znacznie lepiej popijając ze znajomymi w weekendy
Plzen przyniesiony w dzbanku z sąsiedniej hospody.
Chciałam
napisać jeszcze o paru rzeczach, ale historia o ogrodzie zrobiła się
taka długa, że pozostałe opowiadania pozostawię sobie na inna okazję.
Serdecznie zatem Pana pozdrawiam i równie serdecznie zapraszam do nas na
Holečkovą, do ogrodu: na większą imprezę (ostatnio mieliśmy ognisko z
okazji czarodziejnic), albo na piwo i podsłuchiwanie;) turystów w słoneczny
dzień:) Bardzo mi będzie miło, jeżeli się Pan skusi! A w załączniku przesyłam wczesnowiosenny ogródek:)
Ze Smichova,
Magda Skopek
|
|
|
|
|
|
|
|
Data publikacji: 2011-08-13
|
|
|
Komentarze
2011-08-16 - KM
Sliczny ogrodek. Pewnie kazdy Czech o takim marzy. :)
|
2011-08-17 - Wuwuzel
A ja zazdroszcze Panu Wojtkowi pieknej historii, zazdroszczę mu że znalazł tą książkę i że mógł napisać takie dobre opowiadanie:)
|
2011-08-26 - JL
Tak trochę podejrzewałem, że "Gottland" jest książką religijną.
|
2011-09-06 - aroon
O dziwo w Brecławiu koło Brna jest nowy ( 20letni) kościół. Kto dał pieniądze na budowę?
|
2011-09-10 - Majka
Breclav a Olomoc to katolickie wyspy. Pieniądze dał polski Kościół
|
2011-09-29 - JB
Historia o znalezisku w jiczinskim kościele jest świetna, takie rzeczy tylko w Czechach...W Jiczinie byłam przez kilka godzin w te wakacje i snując się po rynku zauważyłam mikroskopijną księgarnię. Co w tej sytuacji można znaleźć na centralnym miejscu w oknie wystawowym? "Udelej si raj" oczywiście. W środku tylko lepiej: biografia Wałęsy, Tokarczuk i oczywiście dużo pana Szczygła. Gottland czy Zrób sobie raj w księgarni w centrum Pragi jakoś mnie nie dziwią, ale w małym miasteczku na północy to naparwdę miły widok.
|
2011-12-28 - Tomasz
Dzięki panie Mariuszu książki o Czechach...mieszkam w Świdnicy, więc siłą rzeczy małe odległości do 'braci" Czechów sprzyjają częstym wizytą. Ale ta bliskość to nie tylko odległość geograficzna...nazwałbym ją bliskością mentalną. Ciocia mojej żony mieszkała trzydzieści lat na ul Polskiej na Winohradach..w latach siedemdziesiątych wyszła za czeskiego lotnika. Mieszkanie cioci Jany (Mraczkowej po mężu) miało wiele z klimatów opisywanych przez Pana...zwłaszcza to okno i widok z niego na podwórko
|
2012-02-02 - Jacek
Moja impresja odnośnie Kościoła czeskiego. Brno (jako kolejne miejsce podczas wycieczki), niedziela wieczór, nie planowałem udziału we mszy. Ale kiedy po kilku godzinach chodzenia po mieście zobaczyłem ludzi zbierających się do miejskiej fary (tej z wybitnie smukłym hełmem) wszedłem do środka. Na mszy naprawdę dość dużo osób. Ksiądz podczas kazania wyszedł do wiernych. Do dziś pamiętam powtarzane przez niego "pravda, cesta a zivot". Na tyle ciekawe przeżycie, że na końcu okazało się, że jest 'nieco' później niż przypuszczałem-msza trwała 1h08'. Łatwo da się wyjaśnić duża frekwencję: na idnes.cz przeczytałem później że wieczorem są tam msze dla studentów na których zwykle jest wiele osób. Poza tym to Morawy a nie Czechy właściwe. No i pewnie wybór mały- nie ma w Brnie 40 parafii po 5 mszy.
|
|
|
|
|
|
|
|

 Dziecko ma już rok!
Wrzenie świata ma rok. 10.09.10 otworzyliśmy księgarnię i mam nadzieję, że jej nie zamkniemy. W dzisiejszym warszawskim "Co jest Grane" (w dziale...
|
|