Po
wydaniu „Raju” dostaję mnóstwo ciekawych tropów do tematów, które już w tej
książce opisałem.
„Tu
nikt nie lubi cierpieć” – opowieść o pochówkach w Czechach, ponoć hardcorowa (jak
piszą czytelnicy) ponoć opowieść o faszyzmie emocjonalnym (kolega pisarz) – sprawiła,
że dostaję nowe przykłady.
Pisze
Polka: syn wziął ślub z Czeszką, ma z nią dwoje dzieci. Zmarła babcia synowej, w domu opieki, mimo że mąż babci jeszcze żył
i mieszkał z córką; pogrzeb babci odbył się w dwa miesiące po śmierci, bo córki
nie miały czasu! Zmarł ojciec synowej, pogrzebu nie było, urnę z jego prochami trzyma u siebie
za szybą w kredensie jego kochanka. „Odebrałam od moich wnucząt przyrzeczenie ,
że nie zrobią mi tego”.
Pisze
Czech: ojciec trzyma swoją mamę dwunasty rok obok komputera na biurku.
Pisze
inny Czech: żona trzyma prochy męża na półce, a ponieważ był policjantem, na
jego urnę nałożyła policyjną czapkę.
Bardzo
chciałbym urnę z czapką sfotografować.
„Przez
cały XX wiek etnografowie opisywali odmienności kultur. Wynajdowali wszelkie
różnice – pisze Urszula Glensk w recenzji „Zrób sobie raj” („Nowe Książki" 3/11). – Nie znaleźli jednak i nie opisali grupy społecznej, która nie miałaby
ceremonii pogrzebowych albo przyzwalałaby na powszechne odstępowanie od nich.
Jedynym odejściem od tego rodzaju rytuałów były katastrofy wojenne i
humanitarne. Choć nawet w warszawskim getcie, dopóki się dało, nad zbiorowymi
grobami odmawiano kadysz. Pokazują to zachowane fotografie”.
„Jak to możliwe - nie chować zmarłych? – pyta mnie w liście
kolega. - Mnie to się nawet w głowie nie mieści. Nie jestem przecież jakiś
nawiedzony wierzący katolik, a unikanie pochówków wydaje mi się jakąś
aberracją. Przecież na całym świecie żegna się zmarłych, czy się ich pali, czy
kremuje, czy wystawia sępom na pożarcie, to przecież zawsze związane jest to z
jakimś rytuałem pożegnania. Nie wiem, ale i z punktu widzenia psychoanalizy i
etnografii to jest niezrozumiałe. Od kilku dni myślę tylko o tym, i myślę, że
Czesi nie mają racji i że w gruncie rzeczy są bardzo biednym narodem z dużym
defektem społecznym. Przecież żałobę trzeba przeżyć. Nie można się jej wyzbyć.
Udawać, że jej nie ma. Zarówno religie jak i nurty społeczne niereligijne
tłumaczą, że ból trzeba poczuć i przeżyć. Od buddyzmu po katolicyzm. Wiesz,
przepraszam, że tak napiszę, ale to mi się, kurwa, nasuwa, to jest w gruncie
rzeczy jakaś metodologia faszystowska. Przerażająca wprost”.
Tyle opinii, a ja muszę się do czegoś przyznać.
Wspomniany rozdział w książce chciałem napisać możliwie
najbardziej bezstronnie – tak, żeby każdy wyciągnął z niego swoje, jednak na
mnie osobiście zaniechanie pochówków, takich jak je sobie wyobrażamy w Polsce,
nie robi wrażenia.
Oczywiście jeśli rodziny w Czechach nie odbierają jednej trzeciej urn z
krematoriów (to zjawisko też opisałem), jest to naganne i coś niedobrego mówi o tym społeczeństwie. Tu zgadzam się z "emocjonalnym faszyzmem". Jednak jeśli te urny są odebrane, ale niepochowane czy nie umieszczone gdzieś "na zawsze”, nie mam o tym jednoznacznie złego zdania. Być może
postawienie ukochanego po śmierci między kryształami w meblościance sprawia, że
jest się z nim bliżej niż nam, w kraju kultu grobów się wydaje.
Wchodzę na czeski portal o umieraniu.
Mirka pyta na forum, jak wytłumaczyć mamie, że umieszczenie
urny z prochami taty w domu to nie jest najlepszy pomysł. Może ktoś podpowie, jak z
mamą o tym rozmawiać.
Jana uważa, że mamie pani Mirki potrzeba czasu na rozstanie się z mężem i
nie należy nalegać. Całe życie kogoś kochała i nagle ma jej go w domu zabraknąć? Może
na razie chodzenie na cmentarz jest dla mamy Mirki zbyt ciężkie. Przyjdzie
czas, że uzna: mąż powinien mieć już spokój. Zdarza się człowiek bardzo silny,
który jest w stanie swojego ukochanego położyć na cmentarzu, zaakceptować grób, ale nie wszyscy są
tacy.
Šárka pisze, że jej ojciec zmarł dwa lata temu i do niedawna jeszcze mieli
go u siebie. Ich dom ma ogród i znalazłoby się tam godne miejsce
na urnę. Mama po dwóch latach zdecydowała, że nadszedł już czas pochowania męża, ale tutaj to właśnie
ona, córka chciałaby tatę sobie zostawić.
Mirka, która pytała jak mamę przekonać do pochowania taty, pisze też, że może wydać się komuś zupełnie
pozbawiona wrażliwości, nie może bowiem patrzeć na urnę i nie jest w stanie jej
dotknąć.
Antypody:
- ktoś musi być psychicznie silny, żeby ułożyć najbliższą osobę w grobie,
ale trzymanie jej w domu takiej siły od niego już nie wymaga;
- ktoś woli żeby zmarły znalazł się w grobie, dlatego obawia się,
że może być odebrany jako pozbawiony wrażliwości.
Powiem,
że w pracy reportera najpiękniejsze jest to, że trafia się na antypody.
Na
zdjęciu: żona znanego czeskiego psychiatry i seksuologa Miroslava Plzaka z urną w domu. Powiedziała „Bleskowi” (tabloid, z niego pochodzi też fotka Tomasza Vrbenskiego), że jeszcze nie
wie, kiedy urnę pochowa. Na razie kupuje mu róże do wazonu i puszcza ulubioną
piosenkę. Pokazała gazecie kartkę, na której jej mąż już dwa lata przed śmiercią napisał, że nie życzy sobie żadnej formy pogrzebu. Ujawniła ten zapis celowo, żeby nikt nie posądził jej o to, że np. żałuje pieniędzy na pogrzeb. Mąż był bardzo znany, przez sześć dni odbierała kondolencje i było to ponad jej siły, więc za decyzję o zaniechaniu pogrzebu jest mu wdzięczna. Gazeta spytała innego znanego seksuologa o sposób pochówku, jaki by sobie życzył i ten także oznajmił, że nie chce żadnego pogrzebu.
Dopisek po tygodniu:
Po lekturze tego wpisu, napisała do mnie moja czeska wydawczyni Jarka Jiskrova:
"Urnę Jerzego miałam 14 dni w domu, w jego gabinecie na jego stole. Dopiero potem pochowałam go w rodzinnym grobie za Pragą. Atmosfera w mieszkaniu zmieniła się: człowiek ma ochotę urnę pozdrowić, mówić do niej. Ma poczucie, że partner jest obecny, to jest bardzo silne. Miałam wielki problem, żeby włożyć go do grobu. Jedyne, co mnie uspokoiło, to był wielki spokój na cmentarzu w tym małym miasteczku.
Miałam poczucie, że on na ten spokój zasłużył i że byłoby wielkim egoizmem trzymać go wciąż u siebie. Dziś wiem, że jest ze mną gdziekolwiek - na cmentarzu jest tylko jego urna, tej bliskości tam nie czuję.
Chyba człowiek to musi przeżyć, żeby zrozumiał. Panią Plzakovą bardzo rozumiem".