W sobotę 9.10 na festiwalu teatralnym Demoludy w Olsztynie
miałem okazję przeczytać publiczności fragmenty nowej książki. Byłem tak
zestresowany, że nie wychodziło mi czytanie nazwy praskiej knajpy „Pod
Spadochroniarzami”, okazuje się, że „spadochroniarz” to najtrudniejsze dla mnie
słowo.
Czytałem fragment rozdziału „Po obu stronach okna”.
Oto początek:
"Pytany
jestem o moje miejsce w Czechach. Jakieś moje miejsce szczęśliwe, czy coś w tym
rodzaju. Mimo że mieszkałem już w siedemnastu różnych mieszkaniach (hoteli nie
zliczę), to myśląc o swoim miejscu w Czechach, zawsze siedzę na parterze
przedwojennej willi w Pradze. W stumetrowym, czteropokojowym mieszkaniu, gdzie
przed sobą widzę wielkie okno… O, przepraszam, inaczej powiem. Ponieważ
przeważnie przebywam jednak w Warszawie, to –
Widzę,
jak widzę przed sobą wielkie okno.
Zamykane
na 28 klamek, z widokiem na ogród: na pole białych przebiśniegów w marcu, na
złote forsycje w kwietniu, na krzaki ciemnofioletowego i białego bzu w maju i
na wodospady śnieżnobiałego jaśminu, które w czerwcu przelewają się przez płot
na stojące za nim samochody. Nad wszystkim unosi się ciemna zieleń świerku.
Stoi po lewej stronie w rogu ogrodu i jest rówieśnikiem właścicielki okna. Nie
wdzięczy się niczym o żadnej porze roku, a kontakt z człowiekiem nawiązuje ewentualnie
jesienią, bombardując szyszkami. Żeby wejść do mieszkania, trzeba z ogrodu
wdrapać się po wysokich schodach na ganek, z którego od razu wchodzimy do
pokoju z oknem. Jest największy w domu, lecz nie jest to salon, choć tak może
się wydawać. Znajdujemy się w hallu, a salon to następny pokój i ma jeszcze
większe okno niż to, które tak lubię.
Mieszkanie
nigdy nie będzie moje, ale nie ma to większego znaczenia, bo – jak się Państwo
domyślają – będzie moje już na zawsze.
Moje
okno w Pradze wygląda tak:"
I tu w książce pojawia się zdjęcie okna. Ale w
Olsztynie to okno (którego zdjęcie od dawna jest na mojej stronie w dziale
fotki) tkwiło teraz w ścianie Teatru Jaracza. Fajne poczucie, jakbyśmy byli w
tym „moim” mieszkaniu w Pradze.
Jak zauważyła Iza Szymańska z „GW” jest to opowieść o
własności emocjonalnej. Bardzo trafne.
Ponieważ książki jeszcze nie ma na rynku, może trochę tekstu
dalej, po fotografii okna:
Z właścicielką okna poznaliśmy się
przez przypadek, kiedy prawie nie mówiłem po czesku. Jest tłumaczką z języka
polskiego, wprosiłem się więc po coś, znajdując jej numer w książce
telefonicznej. Czesi, w przeciwieństwie do Polaków, wciąż jeszcze wykazują
minimum zaufania do świata. Zostawiają więc nadal bez większego lęku swoje
domowe numery i adresy w książkach telefonicznych. Wiem, że brzmi to
niewiarygodnie, ale naprawdę nie wykazano, żeby od tego zwiększała się liczba
morderstw i włamań. Dzięki książce telefonicznej poznałem kobietę wysoką,
zgrabną, o prostych włosach do szyi, zafarbowanych na ciemnowiśniowo. W mojej
głowie chodzi zawsze w powiewnej pomarańczowej sukni, która wygląda jak strój
wyznawców Kryszny. Z biegiem lat okazało się, że jest połączeniem damy ze
starej szkoły i spontanicznej dziewczynki. Kiedy widzieliśmy się po raz drugi w
życiu, powiedziałem (może bezczelnie trochę), że jeśliby gdzieś wyjeżdżała,
chętnie popilnuję okna wraz z całym mieszkaniem. Na co właścicielka bez słowa
wyciągnęła zapasowe klucze i oznajmiła: „Jak przyjdzie czas, to pan popilnuje,
a klucze może pan wziąć już teraz. Może mnie przecież nie być, a pan będzie
miał silną potrzebę zamieszkania”. (Muszę przyznać, że kilka razy nowo poznani
Czesi, nie wiedząc o mnie wiele, chcieli mi dać klucze do swoich mieszkań. Nie
wyciągam z tego pochopnych uogólnień ani na ich temat, ani na własny). Dom został zbudowany w 1931 roku, gdy
właścicielka okna oczekiwała właśnie na swoje uroczyste wejście do naszego
świata. Jej mama wybrała najlepszą w tamtych czasach lokalizację – willową
część Dejvic. To matka budowała willę, ojciec – profesor fizyki teoretycznej i
matematyki na Uniwersytecie Karola – wciąż słuchał wykładów Einsteina. Także
kiedy jadł w domu obiad, kiedy Einstein już nie wykładał w Pradze, a nawet
kiedy Einstein już nie żył. Willa miała mieszkanie na pierwszym piętrze dla dziadków
i kawalerkę, zwaną po czesku garsonką – dla ewentualnych gości. Na dole
mieszkali profesorostwo. Po wojnie komuniści podzielili ich mieszkanie na pół a
tamtą połowę jeszcze na pół i wprowadzili lokatorów. Apartament, którym się
teraz zachwycam, jest więc tylko częścią tego, w czym mieszkali przed wojną. (…)
Kiedy właścicielka okna skończyła sześć lat, zaczęła uczęszczać do atelier
Isadory Duncan. Przychodzili tam wtedy młodzi malarze i rysowali dziewczęta w
tańcu. Studio Isadory mieściło się na szóstym piętrze pałacu Metro w alei
Narodowej. Zaś na antresoli z widokiem na dziedziniec mieściła się słynna
kawiarnia Metro, wąska jak wagon metra, do której czasem zaglądał Franz Kafka,
często jego przyjaciółka Milena Jesenská, a najczęściej lewicujący pisarze. Za
to teraz na szyldzie można przeczytać, że odbywa się tam MODELOWANIE PAZNOKCI. Właścicielka okna
tańczyła na szóstym piętrze dziesięć lat, ale powoli odciągały ją inne zajęcia.
Zaczęła naśladować to, co robi mama, i w wieku lat dwunastu sama tłumaczyła
sobie francuskie bajki na czeski. (…) Tuż przed maturą właścicielka okna
dostała z drukarni pierwszą przetłumaczoną przez siebie książkę – była to
powieść Samson Kazimierza Brandysa o
chłopcu, który miał grube i ciemne wargi, oczy wypukłe,
o połysku dojrzałych oliwek i żył w czasach, kiedy taka twarz była zarazą dla wszystkich.
Czechosłowackie wydawnictwa musiały teraz wprowadzić rozróżnienie w
podpisywaniu tłumaczek literatury polskiej – na Helenę Teigovą i Helenę Teigovą
mł. Właścicielka okna na swoim koncie ma teraz 200 przetłumaczonych tytułów, a
jej rówieśnik świerk przerósł już czwarte piętro. Był jednak czas, kiedy czułem
się w tym domu nieswojo. Chodziło o sąsiedztwo sztuki. W nocy zostawałem sam na
sam z Alfonsem Muchą. Nie muszę mówić, jak mnie to stresowało. Otóż w salonie
wisiał portret panny Gieni, Polki, która wyszła za mąż za czeskiego pisarza. Bez
rzęs pomalowanych na niebiesko nie wychodziła z domu nawet po ziemniaki. Widać
po mnie, że jestem szlachcianką, prawda? – pytała co jakiś czas. Jej mąż
nazywał się Antonín
Vyskočil – co po polsku też znaczy „wyskoczył”
– ale przyjął pseudonim literacki Quido Maria Vyskočil. Niestety, nikt w Pradze
tego nie respektował i wszyscy nazywali go Jezusmaria Hopsasa. Na ślub panny
Gieni z Jezusmarią w 1926 roku Alfons Mucha podarował jej portret. Uchodził
wtedy za najsłynniejszego czeskiego malarza na świecie, a w dowód uznania po
powstaniu państwa w 1918 roku poproszono go o zaprojektowanie pierwszych
czechosłowackich banknotów. Uwiecznił na nich swoją żonę Maruškę (na stówce) i
córkę Jarkę (na dziesięciokoronówce), co mi się bardzo podoba, bo to kolejny
przykład, jak kultura czeska nie napina się. Gdy córka dorosła, ulokował ją na
pięćdziesiątce. Ponieważ Muchy już w tym domu nie ma, zasypiam bez obaw, że
zostanę z jego powodu zabity.
(...)
To tylko fragment. Taka akwarelka słowna. Całość od 20.10 w księgarniach.
(Zdjęcie z Olsztyna Tomasz Żurek).