We wtorek
(27.04) w Och Teatrze byłem z przyjaciółmi na recitalu legendarnej aktorki i
szansonistki z Paryża, Anny Prucnal.
Fellini –
zatrudnił ją do roli żony głównego bohatera (Mastroianni) w „Mieście kobiet”. Blada, w czerwonej peruce.
Opowiadała, że nie była w tym filmie aktorką, ale tubką farby. „Maluję tobą
obraz” – powiedział. Grała u wielu wybitnych reżyserów teatralnych Europy, w
Polsce zaczynała w słynnym Studenckim Teatrze Satyryków. Jest jedyną Polką, która we francuskim Fnacu,
którego odpowiednikiem jest nasz Empik, ma podpisaną
własnym nazwiskiem półkę z płytami. Dwadzieścia lat po
wyjeździe z Polski nie miała prawa się tu pojawić. Kiedy przyjechała kilka lat
temu, poszła do IPN, gdzie dowiedziała się, że donosili na nią nawet najbliżsi
przyjaciele, którzy dziś o tym zapomnieli i nadal zachowywali się jak najbliżsi
przyjaciele.
W 2004 r. w „Dużym Formacie” zamieściliśmy fantastyczny wywiad z Anną Prucnal, który
przeprowadził Remigiusz Grzela. „Ale kogo obchodzi, czy ta Prucnal to jest
Polka? - pytała i opowiadała o sobie:
„Mama uczyła mnie nienawiści”, „Wychowuję wnuki. Bardzo źle. Czasami piję, jak
dzisiaj. Jest mi trudno, jak teraz”.
Właśnie
Remek zaprosił nas na ten recital, który początkowo sprawił, że się po ciemku
wstydziłem.
Artystka
wyszła ewidentnie po alkoholu (ponoć we Francji to uwielbiają, że się myli,
jest podpita, miota się na scenie – mówi koleżanka dziennikarka z Paryża). Zapominała tekstu wiele razy,
mówiła niewyraźnie, traciła głos. Przyjaciele, z którymi byłem - tak jak
ja - też się bali, że zaraz przewróci się na scenie. (- Występ był chwilami
niepokojący). Do trzeciej piosenki byłem zażenowany (publiczność chyba też), a
potem artystka wygrała. Wygrała swoimi brakami. Wszystkie te potknięcia wyszły
na korzyść wieczoru. Był to recital, jakich się nie zapomina. Alkohol nadał temu występowi głębi, znaczenia, emocji. Jakby artystka sobie powiedziała: Pokażę wam jak okiełznam samą siebie.
Prucnal nie
śpiewała, ona przeżywała te piosenki jak tylko potrafi przeżywać życie człowiek
pijany.
Powiedziała,
że bukiety, które dostała, są dla nas. Na koniec więc urywała kwiatom kwiaty i
rzucała publiczności.
(Wywiad
„Prucnalistka” wyszedł niedawno w tomie rozmów Grzeli „Hotel Europa”).
*
W środę
(28.04) przyznawano po raz szósty nagrodę im. Barbary N. Łopieńskiej za najlepszy wywiad prasowy. Za rok 2009. Zdobyła ją rozmowa Angeliki Kuźniak z Hertą
Műller pt. "Przećwiczyłam śmierć" w „Dużym Formacie”. (Nagrodę przyznaje sześć redakcji w których Barbara
Łopieńska pracowała, ale szósty rok z rzędu nagrodę przyznają dziennikarzowi
„Dużego Formatu”).
Poproszono,
żebym na uroczystości przedstawił Angelikę zebranym. Powiedziałem:
„Angelika
Kuźniak ukończyła kulturoznawstwo na Uniwersytecie Europejskim we Frankfurcie
nad Odrą . Pisze reportaże i
przeprowadza wywiady do „Dużego Formatu” – coraz chudszego dodatku do „Gazety
Wyborczej”.
Jadąc do
Londynu na swój PIERWSZY wywiad – z niemiecką pisarką Ester Villar o starości –
nie wiedziała, jak się robi, ale nie przyznała się do tego redakcji.
Wywiad z
Hertą Műller jest jej trzecim wywiadem w życiu.
Pisze bardzo
powoli. Napisała w życiu tylko cztery wywiady i pięć reportaży, z których trzy
otrzymały nagrodę Grand Press. Wobec takich wyników może należałoby życzyć
autorce, żeby pisała jeszcze wolniej.
Nie udało
się ustalić, z czego tak naprawdę koleżanka Kuźniak się utrzymuje.
Pochodzi ze
Słubic, niedawno przeprowadziła się stamtąd do Warszawy. W Słubicach najpierw
zajmowała się „opieką nad artystami” w miejscowym teatrze. Prała ręczniki aktorom.
Pierwszy fragment swojej książki reporterskiej „Marlene” o Marlenie Dietrich
napisała w pralni.
Potem
handlowała prasami hydraulicznymi.
Mówi, że to
Słubice nauczyły ją ze spokojem przyglądać się ludziom. - Słubice
spowodowały, że zatrzymałam się przy drugim człowieku.
Pierwsze
swoje reportaże pisała wspólnie z Włodzimierzem Nowakiem. Dwa ich teksty
znajdują się w książce Nowaka „Obwód głowy”, która dotarła do finału nagrody
Nike. Razem zdobyli nagrodę Grand Press za tekst o żołnierzu Wehrmachtu, pacyfikującym
Powstanie Warszawskie („Mój warszawski szał”). Uważa, że
przy Włodzimierzu Nowaku nauczyła się warsztatu.
Obserwując
tę wspólną pracę, ich kolega Mariusz Szczygieł życzył im, żeby ich zawodowe małżeństwo skończyło się szczęśliwie: rozwodem. (Nie mogą dwa talenty pisać tylko jednego tekstu, bo to marnotrawstwo).
Zagadnięta o
profesjonalne tajniki, Angelika Kuźniak mówi, że jest bardzo mało pytań, których
wstydzi się zadać. To bardzo cenna cecha, bo patrząc na wiele wywiadów w prasie
polskiej, mamy wrażenie, że ich autorzy wstydzą się zadać jakiekolwiek pytanie.
Rozmowa z
Hertą Műller trwała dwie godziny. Jak mówi Angelika Kuźniak, były to dwie
godziny bez oddechu. Po skończeniu rozmowy dziennikarka natychmiast
zachorowała. Odeszła od Herty Műller z mdłościami i gorączką, słowem – z pełnymi objawami zatrucia organizmu.
Początkowo
namawiała Hertę na dwa spotkania, ale pisarka odparła, że nie spotka się drugi
raz. Po wywiadzie autorka była jej za to niezmiernie wdzięczna”.
Tyle, co
udało mi się ustalić (i powiedzieć) o Angelice, która jest tajemnicza bardzo i
nie lubi być obiektem zainteresowania.
*
W czwartek
(29.04) Angelika była moim gościem we „Wrzeniu świata” (każdy czwartek o 20.00 w Tok
FM). Opowiedziała, jak zgodziła się, żeby fotografka zrobiła jej zdjęcie przed rozmową.
(Wywiad odbywał się w Berlinie). Pomyślała, że trochę to potrwa, zwłaszcza, że
Anna Bedyńska robi zdjęcia takie, że zapierają dech. Pisarka jednak wróciła po pięciu
minutach, przerażona i przestraszona. Dziennikarka najpierw musiała uspokoić
Hertę, potem siebie.
I wywiad zaczyna się właśnie od zdjęć:
"- Pozwoliła pani
zrobić sobie tylko dwa zdjęcia.
- Bo to trudne dla mnie.
Zawsze kiedy stoję przed
fotografem, kiedy mówi: w prawo, w lewo, uśmiech, nie uśmiechać się, jego słowa,
nawet jeśli wymawiane szeptem, zmieniają się w krzyk rumuńskich oficerów
bezpieki. Przesłuchań Securitate, rumuńskiej służby bezpieczeństwa się nie
zapomina. Zamiast drzew, na tle których
fotograf chce mi zrobić zdjęcia widzę ciemny pokój i błysk flesza. Tracę
oddech. Zdarza się, że płaczę.
Zresztą zdjęcia nigdy nie
były dla mnie czymś szczególnie miłym.
- Nawet te
z dzieciństwa?
Nawet te. Fotograf
przyjeżdżał do naszej wioski w dni świąteczne. Matka mnie czesała. Myślę, że te
zdjęcia mówią więcej o niej, niż o mnie. Kiedy na przykład mam na nich krzywy
przedziałek, ale oba warkocze zaczynają się na jednakowej wysokości wiem, że
ojciec poprzedniego dnia był tylko podpity.
Są też takie, na których
moje warkocze i przedziałek są krzywe, moja twarz przesunięta, a głowa wygląda jak spłaszczona. To oznaczało,
że poprzedniego wieczora mój ojciec był tak pijany, że kolana mu się uginały i
groził matce nożem. Wtedy mówiła do mnie, że jestem dla niej kulą u nogi, że
przeze mnie nie może się rozwieść.
Na innych przedziałek i
warkocze są proste i symetryczne. Więc ojciec wrócił do domu trzeźwy.
Wtedy matka potrafiła mnie nawet lubić. Ale tych zdjęć jest niewiele.
Czesząc mnie często
płakała”.
*
Oba wywiady mają pewien
wspólny element. Bardzo ciekawy, choć z pozoru marginalny. I Prucnal, i Műller odpowiadają na pytanie, które brzmi jak z prasy
konfekcyjnej dla pań. Chodzi o urządzanie mieszkań. Myślę jednak, że dziennikarze wiedzieli, że usłyszą coś ważnego.
Grzela do
Prucnal:
- U pani w ogóle nie ma mebli. Nawet łóżka nie ma.
Zdecydowałam kiedyś, że nigdy nie będę miała ani
szafy, ani łóżka. Mam materac.
- Dlaczego?
To trauma z dzieciństwa. Nienawidzę mebli.
- A cóż one
pani zrobiły?
Jak
byłam mała, mama, żeby nas utrzymać, jeździła na szaber. Nasz dom był pełen
szaf niemieckich, gdańskich, wszelkich. Miałam trzy lata i bałam się ich. Odkąd
mogę decydować o sobie, śpię na ziemi. I nie dlatego, że jestem jakąś hipiską.
Nie lubię i już. Może to ma też związek z teatrem. Stale nas, aktorów,
kostiumują, więc po co wygłupiać się w życiu, stroić, obrastać w scenografię?
Nawet się nie maluję prywatnie.
Kuźniak do Műller:
- Pamięta pani swoje pierwsze
mieszkanie w Niemczech?
Pamiętam skąpo umeblowane pokoje.
Napełniały mnie lękiem. Jakbym traciła
grunt pod nogami. W Rumunii wszystkiego było mało i dlatego chcieliśmy mieć
wszystkiego jak najwięcej. Na podłogach i ścianach kolorowe dywany, stół zawsze
pośrodku pokoju. To był jakiś punkt oparcia.
Pomyślałam wtedy, że żeby żyć w pustych
mieszkaniach trzeba być wewnętrznie silnym.
- A jak wygląda dziś pani
mieszkanie?
Nie ma w nim zbyt wielu sprzętów.
*
Czasem
żałuję, że nie umiem robić wywiadów. (Zrobiłem jeden, ale na wszelki wypadek z
kolegą Zaborkiem. Który zresztą dostał Łopieńską rok wcześniej).
Myślę, że
nie umiem ich robić z powodu mojego zbyt wybujałego egotyzmu.
To kwestia narcyzmu. Wywiad jest
dziełem wspólnym: dziennikarza i rozmówcy. Trzeba ulec rozmówcy, jego językowi,
jego rytmowi, jego ego. Mimo, że są różne style rozmawiania i łatwo odróżnić rozmowy Teresy Torańskiej od rozmów Katarzyny Bielas. Dziennikarz oczywiście może i często jest satysfakcjonująco widoczny w wywiadzie. Jednak nie chodzi mi o "widoczność", po prostu mam wrażenie, że w wywiadzie nigdy w stu procentach nie jest się
„właścicielem tekstu, właścicielem wizji, właścicielem opowieści”. (Dla mnie nie do zniesienia). W reportażu mam poczucie,
że to są moje słowa, nawet kiedy cytuję bohatera. Reportażem nie muszę się z
nikim dzielić. Jako reporter (mówię za siebie) zawłaszczam w jakiś sposób swoich
rozmówców. (Oczywiście przy całym dla nich szacunku i wdzięczności za to, że dali mi kawałek siebie). Jednak reportaż to jest moja piosenka a nie duet.
PS.
Jeden z najlepszych wywiadów tego roku. Powstał dla "DF", zamieścilismy go trzy dni temu w "Gazecie na Majówkę" (Dariusz Zaborek rozmawia z Anitą Haliną Janowską - "Mój diabeł stróż"):