Z autorem antologii "20" Mariuszem Szczygłem rozmawia Piotr Pazdej
MeskaStrona.com: - "20 lat..." powinno być w szkołach
podręcznikiem historii najnowszej naszego kraju. Taki miał Pan cel,
dobierając reportaże?
Mariusz Szczygieł: Chciałem pokazać Polskę tak, jak ją widzą
reporterzy. Reportaż żywi się szczegółem. I lista szczegółów, które
grają w tych tekstach jest imponująca:
- żeton „A” – kto zgadnie do czego służył i czy był tańszy czy droższy od żetonu „B”?
- skrytka pocztowa - trzeba było ją wynająć na poczcie, kiedy dawało się ogłoszenie, bo nie istniały jeszcze komórki;
- „żyć w Dynastii” – marzenie akwizytorów Amwaya,
- „bormaszyna” z ZSRR – obiekt pożądania z wiosny 1990 roku…
To wszystko są detale, imponderabilia, które ilustrują nam ostatnie 20
lat. Uwielbiam historię, nawet tę wielką, ale pokazywaną przez detal.
Philip Roth napisał, że szczegóły są palcami olbrzyma.
- A drugie dno? Nie chciał Pan choć trochę ciśnąć Polakom w
oczy garścią wyzwisk i zmusić do refleksji nad tym, że jako naród
jesteśmy moralnie przestarzali?
Część z reportaży w książce „20…” jest o tym, co wisi nad nami i nie
wiadomo, kiedy spadnie nam na głowę. O problemach, które są w Polsce
wciąż nierozwiązywalne. „Dwie mamy Jasia” – genialna opowieść Tomasza
Kwaśniewskiego o tym, jak dwie kobiety, które bardzo się kochają,
usiłują spłodzić dziecko. Albo „Ja, grzesznik”, Katarzyny
Surmiak-Domańskiej. Portret człowieka, który odmawia sobie prawa do
przyjemności, prawa do frytek, prawa do herbaty, prawa do kina, prawa
do grzechu, ale jednocześnie gejom odmawia prawa do miłości.
Przenikliwy obraz homofoba w stanie czystym. To są po prostu świetne
reportaże moich koleżanek i kolegów reporterów.
Reportaż oprócz tego, że jest historią, która wydarzyła się naprawdę,
ma dawać do myślenia. Wyzwiska nie dają do myślenia, ale raczej budzą w
nas agresję lub zmuszają do ucieczki. Więc nie chciałbym, żeby te 26
reportaży było wyzwiskami.
- A czy autor reportażu może dodać coś od siebie? Jakąś
drobinkę małą, która w rzeczywistości się nie pojawiła, ale dzięki niej
reportaż dostanie niespotykanego blasku?
Hanna Krall mówi, że czasem reporter może rozlać trochę farbki. Ja
uważam, że może pod jednym warunkiem – wtedy kiedy poinformuje o tym
czytelnika. Tak jak zrobił to Wojciech Jagielski w swojej oryginalnej
książce „Nocni wędrowcy” o dzieciach-wojownikach z Ugandy. Uprzedził
czytelnika, że postać głównego bohatera stworzył z wielu prawdziwych
dzieci. Kiedy pisałem reportaż o polskiej prowincji, rzecz działa się w
jednym miasteczku bez nazwy, ale napisałem na końcu tekstu: „Sytuacje
opisane w tym reportażu miały miejsce w…” - i tu wymieniłem ileś
miasteczek, które w 1991 roku odwiedziłem. To było uczciwe, czytelnik
wie, że ma do czynienia z syntezą.
Oczywiście zdarzyło mi się sprzeniewierzyć reportażowi i w swoim
tekście „Ani kroku bez Baty” o czeskiej rodzinie Batów, gdzie pisałem o
żonie Tomasza Baty, która nie mogła urodzić dziecka, a nawet kupiła
truciznę na wszelki wypadek, gdyby zawiodła męża, bo przecież podpisała
z nim umowę, że jeśli nie urodzi mu dziecka, rozwiodą się (co za potwór
seksista!), dodałem takie zdanie, że patrzy na truciznę i rozmyśla, czy
drzewo, które nie rodzi owoców, nie powinno być ścięte. Można napisać
tak tylko wtedy, jeśli znalazło się jakiś ślad o takich rozmyślaniach.
Zapis w pamiętniku, opowieść najbliższej przyjaciółki itp. A ja nic
takiego nie znalazłem. Natomiast wiem, że taka myśl przez kilka lat
dopadała moją mamę. I coś mnie podkusiło, żeby to napisać, kiedy
robiłem ten reportaż dla gazety. Jakoś ten ból mojej mamy chciałem
pośrednio wyrazić, zapisać go, uwiecznić. Gdy reportaż o Batach miał
znaleźć się w książce „Gottland”, zastanawiałem się, czy to wykreślić.
Ale i redaktorka, i koledzy, i wydawczyni, przekonywali: zostaw. To
takie mocne i prawdziwe zdanie. Zostawiłem. Ale źle się z tym czuję,
przyznaję.
- Reportaż to chyba jedyny gatunek dziennikarski, którego nie
tykają się tabloidy. Skąd bierze się brak reportaży o tym, jak np. Doda
spędza poranek?
Bo to nie jest temat na prawdziwy reportaż. Reportaż musi być O CZYMŚ.
Powtarzam kolejny raz, że reportaż musi dawać do myślenia. Zostawić nas
z tym czymś, z czym zostawia nas wybitne malarstwo czy poruszający
film. Podejrzewam, że poranek Dody, tak jak i nasze poranki, jest
oczywisty i banalny. A oczywistość jest źródłem nudy. Co w poranku Dody
mogłoby dać do myślenia czytelnikowi, który chce czytać i zachować
godność?
Izaak Babel, wybitny rosyjski pisarz i żołnierz, mówił: „Stylem
dokonujemy naszych podbojów, panowie, stylem!”. Jak to się mówi, dobry
reporter ukręci bimber nawet z nogi od krzesła. Więc może ktoś
utalentowany umiałby z poranka Dody zrobić jakąś literacką metaforę. Ja
– nie.
- Reportaży poważnych powstaje dużo więcej niż tych śmiesznych, radosnych. Znaczy to, że dobry tekst musi być smutny?
Nie musi. Moja cała pierwsza książka o Polsce „Niedziela, która
zdarzyła się w środę” jest pełna satyrycznych nieraz obserwacji.
Pamiętam jak na początku lat 90. byłem w jednym małym miasteczku u
małżeństwa, które jako pierwsze założyło w oknach żaluzje, a cały dom
pomalowali na biało. Sami chwalili się, że są najzamożniejsi w mieście.
Prowadzili hurtownię zniczy i papierosów. Zamożność odizolowała ich od
miasteczka. Pani domu mówiła mi, że teraz to nawet nie mogą pójść razem
do kościoła. Dlaczego – pytam. Bo jedno, proszę pana, musi zostać w
domu i bogactwa pilnować. Czasem – dodał mąż – jest tak pusto, że z
nudów zaczynamy czytać. O marketingu. Nietrudno się uśmiechnąć przy tym.
Ale przyznaję: jest to radość smutku, jak mówią Czesi. Pisanie o złu, o
tragediach, o cierpieniu jest uzasadnione. I reporter rzuca się z
apetytem na tragedie, i czytelnik. Dlaczego? Wydaje mi się to
naturalne. Wynika z poczucia bezpieczeństwa. Zwierzę węszy, czuwa,
kontroluje cały czas, czy nic mu nie zagraża. Czytanie o tym, co
negatywne, jest tym samym. Chcemy sprawdzić, czy jesteśmy bezpieczni.
Chcemy podpatrzyć jak uniknąć zagrożenia. Chcemy ustalić swoją pozycję
w świecie. Po to czytamy o negatywnych historiach. Ale – powtarzam –
utalentowany reporter umie napisać zajmująco o czymś pozytywnym.
Kiedy w książce „20…” zajrzymy np. do „Pamiętnika znalezionego na
parkiecie” – to reportaż-dziennik jednego z pierwszych graczy na
giełdzie z 1993 roku, bardzo go polecam interesującym się giełdą –
spotkamy się z opowieścią o pozytywnej energii, o nieprzeciętnej
zaradności. Zresztą uważam, że Polska to nie tylko pamięć i groby…
Polska to także niespotykana zaradność.
- Najlepszy reportaż, jaki w ogóle Pan czytał?
Nie wiem, czy najlepszy, ale taki, przy którym dostawałem gęsiej
skórki. To opowieść o Annie Walentynowicz od krzywdy której zaczął się
Sierpień 1980 roku, napisana przez Hannę Krall, jeszcze w stanie
wojennym, pt. „Ludzie może i nie są źli”. Ukazała się w książce
„Trudności ze wstawaniem”. To jeden z tekstów, które zrobiły na mnie
ogromne wrażenie. Pamiętam, jak czytałem tę książkę, jeszcze w
socjalizmie, w wydaniu podziemnym, nielegalnym, na łóżku w piwnicy,
którą wynajmowałem na pierwszym roku studiów. I pamiętam, że kiedy w
każdym reportażu dochodziłem do pointy, którą Krall zawsze bardzo
precyzyjnie dobierała do tekstu, to po poincie po prostu siedziałem
kilka minut w tym łóżku otumaniony, jakby mnie ktoś uderzył w głowę.
Dozowałem sobie tylko jeden rozdział dziennie, bo nie chciałem, żeby ta
książka za szybko się skończyła.
- A własny najlepszy?
Najlepsze, co napisałem w życiu to „Łowca tragedii” z „Gottlandu”.
Opowieść o pisarzu, który usiłował schizofrenicznie wręcz przystosować
się do rzeczywistości. Był dwiema różnymi osobami. Podpisywał się nawet
dwoma różnymi charakterami pisma. A jako jedna z tych osób kilkakrotnie
zmieniał poglądy. Osobowość kubistyczna, bo wszystko, co robił zaraz
zamieniało się w swoje przeciwieństwo. Coś było przez chwilę pewne, ale
zaraz zmieniało kierunek. Jak płaszczyzny w kubizmie.
- Jest coś, temat jakiś, co za Panem "chodzi", nie daje spokoju i wzywa po nocach?
Nie ma nic takiego. Pisanie nie jest dla mnie najważniejsze. Ważniejsze jest życie i rodzina.
- No to jeszcze trochę z podręcznika przyszłego mistrza: kiedy wiadomo, że ktoś powinien zająć się reportażem?
Nie ma reguł, ale sygnałem na przykład może być to, że inni słuchają
cię na imprezie. I nawet jeśli pleciesz kompletne banały to i tak masz
wokół siebie najwięcej słuchaczy. To właśnie jest sygnał, że może
powinieneś pisać. Tylko jeszcze nie wiadomo, czy reportaże, bo może
dobrze konfabulujesz i ściemniasz.
Drugim sygnałem duszy reportera jest umiejętność patrzenia i
dostrzegania tego, czego nie widzi cała reszta. Mnie na przykład
zaimponowała kiedyś jedna dziennikarka, która weszła pierwszy raz do
mojego mieszkania żeby przeprowadzić wywiad, a na koniec rozmowy
spytała: "Jak pan zinterpretuje to, że w swoim mieszkaniu dwa
pomieszczenia ma pan w tym samym fioletowym kolorze: sypialnię i
przedpokój?". Wcześniej nie uświadamiałem sobie nawet, że są prawie
identyczne. "A co w tym niezwykłego" - spytałem. "W pana mieszkaniu -
powiedziała - przestrzeń publiczna i przestrzeń intymna mają identyczny
kolor. Ciekawe". Przyznaję: ciekawe. Świetne do wszelakich
interpretacji psychoanalitycznych, bo pomysł na kolory był mój.
I jeszcze jeden idealny przykład. W latach Wielkiego Kryzysu przyjechał
do Paryża wielki reporter Egon Erwin Kisch. Facet, który nie znał
francuskiego, spojrzał tylko na popielniczki w kawiarni i zaraz
powiedział: "Kryzys zdaje się minął". "Dlaczego pan tak myśli?" -
spytał czeski profesor, który mu towarzyszył. "Ludzie wyrzucają coraz
większe niedopałki" - odparł Kisch...
- A czy chcąc napisać dobry tekst możemy popodglądać trochę i popodsłuchiwać?
Podglądać i podsłuchiwać – ludzka rzecz. Też mi się zdarzyło oglądać
seks sąsiadów przez okno. Nie akceptuję tylko czytania cudzych listów
czy maili bez upoważnienia. Za to bym zabił. A najpierw siebie, gdybym
to zrobił. Jednak ważne jest, jaki użytek się zrobi z podsłuchiwania i
podglądania, czy się tym kogoś skrzywdzi czy nie. Kiedy miałbym w
sposób zasadniczy odpowiedzieć na pytanie, czy dobry tekst to
usprawiedliwia, to odpowiem: nie. Nie usprawiedliwia. Choć gdyby takim
tekstem ratować człowieka, to może i usprawiedliwia. Ale tylko z tego
powodu, żeby tekst się dobrze czytał, był ładny – nie usprawiedliwia.
- Razem z Wojtkiem Tochmanem założył Pan w Wawie Polską Szkołę
Reportażu. 10 tysięcy za rok i już będzie się wybitnym reporterem?
- Jak się wczytać w zasady rekrutacji to wystarczy niecałe siedem...
- Jak się zapłaci w jednej racie. Jak co miesiąc, to wychodzi
„dycha”, czyli ponad tysiąc za zjazd. Całkiem sporo w czasach, w
których dziennikarstwo obywatelskie święci triumfy. Po co więc uczyć
się pisania?
Po co uczyć się pisania? Żeby pisać poruszająco, a nie przeciętne. Żeby
nie pisać płasko. Żeby pisać tak, jak to ktoś powiedział, „aby biedny
jak przeczyta, myślał, że pieniądze, a głodny, że chleb…”.
Dziennikarze „Faktu” też mówią, że są dziennikarzami i co z tego? Z
dziennikarstwem obywatelskim jest jak ze śpiewem. Każdy może śpiewać,
ale nie wszystkich chcemy słuchać, a niektórym byśmy zapłacili za
milczenie. Dziennikarstwo obywatelskie jest potrzebne, ma swoją rolę
społeczną, ale talent musi być wzmocniony warsztatem. Jak ktoś chce
śpiewać przy goleniu, żeby go sąsiad słyszał – OK. Jemu będzie
przyjemnie i może sąsiadowi. Jak ktoś chce do opery albo do jazzbandu,
nie ma przebacz, trzeba się śpiewu uczyć.
- Czas wolny, czyli hobby reportera.
- Czytanie czeskich czasopism. Czytanie książek. Zwiedzanie
restauracji. Wyjazdy na dwa, trzy dni, najlepiej samotne, do miast
których nie znam i nie znam języków w jakich się w nich mówi. Wyprawy
rowerowe. A jak wracam z pracy padnięty, bo jestem redaktorem w Gazecie
Wyborczej, to oglądam „Dr House’a”.