Odnajdźmy się




Zakończenie szczęśliwe

Poszukiwanym był młody, przystojny brunet.

Stał na deptaku nad morzem. Na Rodos. Z podobnym do siebie chłopakiem.

Nie wiedziała o nim nic, nawet z jakiego jest kraju.

Kiedy go zobaczyła, jej głowa przeżyła napad. Napadła ją niepożądana, przedwczesna i wstydliwa myśl.

Brzmiała: to będzie mój mąż.

Następnego dnia zobaczyła, że on mieszka w jej hotelu. Ten drugi był chyba bratem. Przy stole siedzieli we czworo, z rodzicami najwyraźniej. Jej mama usłyszała, że mówią po węgiersku.

Świetnie pływał, ona obok udawała niezainteresowaną. Czytała na basenie książkę, ale zostawiła ją na chwilę, żeby wyjść do sklepu. Podejrzała przez ogrodzenie, jak podchodzi do jej stolika i sprawdza tytuł.

Na swoje nieszczęście nadal udawała niezainteresowaną.

Za chwilę zobaczyła jak cała czwórka stoi z bagażami w hallu i czeka na odjazd.

Pierwszego dnia okazało się, że jest tak smutna jak nigdy w życiu.

Drugiego - smutek dał jej do myślenia, poszła więc do recepcji ukraść książkę hotelową. Recepcjonistka była zajęta czymś innym, na nią nie zwróciła uwagi. Zabrała książkę do pokoju i - były! Cztery węgierskie nazwiska.

Już w Polsce poszukała numeru biura, które w Budapeszcie organizowało wyjazdy do tego hotelu. Powtarzała sobie, że musi być bardzo konkretna. Oznajmiła więc: „Zakochałam się”. To spodobało się kobiecie, która odebrała telefon. Mężczyzn łatwo zrazić zbyt szybkim uczuciem, więc pracownica węgierskiego biura zalecała ostrożność. Zadzwoniła do tej rodziny i powiedziała tylko, że szuka ich osoba z Polski. Podała jej email.

Odzew nadszedł jeszcze tego samego dnia.

Nie wiedziała tylko, czy odpisał on czy brat.

(My wiemy już, że brat).

Ponieważ miała być konkretna, od razu poprosiła: „Przyślij zdjęcie i tytuł książki, jaki zobaczyłeś na stoliku. Jeśli nie wiesz, niech zrobi to brat”.

Okazało się, że brunet właściwy ma na imię Denes. Wyjawił, że pojechał na wakacje z rodziną, bo z narzeczoną się pokłócił. Zaraz po jego powrocie rozstali się.

(Pierwsza myśl, gdy przeczytał maila z Warszawy, to: ona zostanie moją żoną. Początkowo nie podzielił się z nią tym odkryciem).

Pisali smsy, mailowali. Mieli swoje numery i żadne do drugiego nie zadzwoniło. Obawiali się rozczarowania przez telefon. Po dwóch tygodniach stwierdziła, że jeśli nie zrobi konkretnego kroku, wszystko się rozmyje. Wpadła na pomysł, że do Zakopanego jest bliżej z Budapesztu niż z Warszawy. Napisała konkretną nieprawdę, że spędza tam weekendy i że go zaprasza.

Tylko, że on nie mógł wytrzymać. Najpierw wysłał jej smsem miłosne wyznanie zastępcze: „I l.....e you, „ov” or „ik”?

Miłość wprost wyznał jej emailowo jeszcze przed Zakopanem.

W piątki ona jeździ pociągiem do Budapesztu 10 godzin w jedną stronę i po 18-godzinnej wizycie (od 16.00 do 12.00 dnia następnego) wraca 10 godzin na poniedziałek do pracy. Dobrze, że pojawiły się teraz tanie loty w obie strony.

On jest w Budapeszcie menedżerem holenderskiej firmy, ona fotoedytorem w czasopiśmie dla kobiet w Warszawie. Nie wiedzą jeszcze, w jakim kraju zamieszkają i nie ustalili, gdzie odbędzie się wesele.

Ona ma 23, on 28.

Ona, Karolina, mówi o tym: - Na maksa happy end.

Acha, chciała pomóc przyjaciółce w zbliżonym przypadku. Były w restauracji i obsługiwał je przystojny kelner. Kokietował przyjaciółkę. Poradziła jej: daj dwadzieścia złotych. Na banknocie napisała jej imię „Agata” i numer telefonu. – Przecież on nie odda nikomu takiego napiwku – przekonywała. Telefon przyjaciółki zadzwonił dwa dni później.

Dzwonili chłopcy ze sklepu sportowego w Poznaniu, bo myśleli, że to telefon dziewczyny, która właśnie tym banknotem zapłaciła.

Potem - pan z Cieszyna, który dostał go jako resztę w sklepie z materiałami i myślał, że kasjerka chce się z nim umówić.

Minął rok, nadal dzwonią.

Dzisiaj z Gdańska, trzydziestolatek, dostał banknot na stacji benzynowej, chciał się zaprzyjaźnić, bo bardzo lubi to imię.

Zakończenie niepomyślne

Poszukiwana była Maria Cyrańska z Warszawy.

Została znaleziona.

Szukał w 2005 roku Wiesław Kępiński, 73 lata.

Pamiętał ją jako dwunastoletnią dziewczynkę, z którą razem szedł narwać bobu.

Piątego sierpnia rano matka dopilnowała, aby Wiesław z bratem Sylwusiem umyli się. Dała im czystą bieliznę. Zjedli i siedzieli w ciszy. Już trzeci dzień tkwili w grupie 60 osób w piwnicy cerkwi na Wolskiej, naprzeciwko ich domu.

Około dziewiątej ktoś zaczął wybijać szyby w okienkach. Ukazały się lufy karabinów. Raus! Raus!

Wyszli schodami w górę. Sto kroków od cerkwi jest rów. Ojciec szedł pierwszy, on z matką, która niosła Sylwusia na ręku, na końcu. Przed nimi 54 osoby, wszystkich znał, schowali się drugiego dnia powstania. W pochodzie szedł też – starszy brat i jego żona w ciąży.

Wprowadzili ich do rowu.

Za plecami miał wał okalający cmentarz. Zobaczył karabin maszynowy, rozkraczony na podpórkach. Nad karabinem - oficera. Słońce raziło w oczy.

Wyrwał mamie rękę, zrobił zwrot w tył i wbiegł na wał.

Na górze upadł.

Ciężko trafić małego szczupłego chłopca, kula przeszła centymetr od kręgosłupa.

Spadł na drugą stronę wału. Przedarł się przez druty ogrodzenia, pobiegł przez cmentarz.

Jakaś kobieta jeszcze na cmentarzu obmyła mu ranę wodą ze studni. Nie może nawet zliczyć, ilu ludzi mu pomogło.

Straconych pochowano kilkadziesiąt metrów od rowu.

Po wojnie poszedł na ekshumację niedopalonych szczątków. Były jakby ulepione z błota. „I ten mój ukochany Sylwuś zamieniony w błoto, któremu może w ostatniej sekundzie matka zdążyła zasłonić oczy, a może go tylko mocno przytuliła, aby nie zaznał strachu” – napisał niedawno w swojej książce „Sześćdziesiąty pierwszy”.

26.01.1947 r. „Express Wieczorny” opublikował list pt. „Co będzie z Wiesiem, cudem ocalonym dzieckiem Woli?”.

Wiesław napisał do redakcji prośbę, żeby ktoś go zaadoptował.

Pisał, że w Ożarowie znalazł starszą siostrę, ale siostrze na wygnaniu umarł mąż, została sama z 8-letnim synkiem. „Moja siostra pracuje, ale zarabia mało tak, że o nauce marzyć nie można. Może znajdzie się ktoś, kto weźmie na dalsze wychowanie?”. Zgłosiło się kilka rodzin, ale pierwszą byli Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie. Zamieszkał na Stawisku. Jeśli pisarz wyjeżdżał, Wiesio miał prawo zajmować jego miejsce przy rodzinnym stole. Skończył szkołę plastyczną, zaczął pracę w warsztatach Telewizji Polskiej. Ożenił się trzy razy.

Kiedy w 2005 r. na „Discovery” wyemitowano film z jego udziałem („Bitwa o Warszawę”), zadzwonił znajomy.

Powiedział, że dostał książkę („Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim”) a w niej są zeznania Marii Cyrańskiej. Najmłodszej siostry bratowej Wiesława. Siedziała z nimi w piwnicy i też została zapędzona do rowu. To z nią wyszedł po bób do ogrodu.

Mówiła: „Gdy wszyscy upadli, strzelanina ustała, upadłam, będąc ranną, miałam postrzelone lewe ramię, oprócz tego odłamek ranił mnie w skroń i policzek. Zauważyłam, leżąc, iż człowiek nieznanego mi nazwiska poruszył się, wobec czego żołnierze niemieccy, którzy zeszli do dołu, by sprawdzić, czy kto żyje – dobili go. Mnie na plecach stanął żołnierz niemiecki, przez co później mnie plecy bolały i miałam nawet startą skórę od gwoździ, którymi buty były nabite. Po sprawdzeniu, iż wszyscy rozstrzelani nie żyją, Niemcy odjechali. Wtedy wstałam i zaczęłam wołać (...)”.

Kiedy w listopadzie 2004 roku odsłonięto pomnik zamordowanych, Wiesław przeczytał, że w tym miejscu zabito 61 osób. Nie będzie dochodził nieścisłości. I jego, i Marysię policzono. Mają swój pomnik.

W biurze adresowym stwierdzono, że Maria Cyrańska żyje.

Złożył wniosek o odnalezienie.

Przyszła odpowiedź: „Osoba poszukiwana nie wyraziła zgody na udostępnienie swojego adresu”.

Bez zakończenia – 1

Poszukiwane są trzy siostry z Lublina.

Krystyna, Marysia, Wiesia.

Nosiły nazwisko panieńskie Wąsala, może Wąchala.

Jestem ich najmłodszą siostrą, też mieszkam w Lublinie.

One wiedzą, że ja istnieję.

Jak tylko się urodziłam, to okazałam się zbędna. Mama prawdopodobnie zmarła, a ojciec nie mógł sobie poradzić i przyszła do niego salowa ze szpitala na Lubartowskiej, gdzie się urodziłam. Doszło do transakcji i została moją mamusią. Stałam się jedynaczką. To było pięćdziesiąt dwa lata temu. Państwo Kozak, wspaniali rodzice, tylko na moim punkcie mieli fioła. Ja na basen nie mogłam pójść sama, na kolonie sama pojechać, no bo coś mi się stanie.

Rodzice mi nigdy nie powiedzieli, że jestem adoptowana. Dopiero jakaś pani zaczepiła mnie pod Bramą Krakowską i zaczęła pytać, czy wiem, kim jestem. Moja mama ją znała i jak tam poleciała, jak zrobiła rewoltę na czterdzieści fajerek! Prawdopodobnie siostry były u mamy, ale ja wtedy byłam w szkole, bo na ślusarza się uczyłam. Przyszłam za późno i zobaczyłam już tylko jak do mamy przyjechało pogotowie.

Raz byłam z tatem na spacerze i myślę, że widziałam ojca. Wysoki facet, z wąsami, ciemny, dobrze zbudowany.

Najstarsza siostra Krystyna pracowała na dworcu w bufecie. Jak się dowiedziałam, od razu poleciałam, ale właśnie przestała tam pracować.

Podobnież one były potem u mnie na Krakowskim Przedmieściu, ale ja już tam nie mieszkałam.

Widzi pan, ja nawet nie płaczę.

Jestem optymistką, a mam inne wyjście?

Mieszkamy w osiem osób w dwóch pokojach. Mam dwie córki, dwóch synów. Jedna córka już jest zamężna i mam dwoje wnuków. Dobrze, że najstarszy syn skończył studia menedżerskie w Warszawie, jeździ po Polsce i organizuje supermarkety, bo byśmy tutaj zwariowali z przeludnienia. Młodszy Rafał ma zanik mięśni. Neuropatia czuciowo-ruchowa. Miał dwanaście lat jak mu się zaczęło. A u mnie zanik mięśni pojawił się już w dojrzałym wieku. Mam trzysta pięćdziesiąt złotych zasiłku z MOPS-u a prawie czterysta jeszcze sobie dorobię. Najbardziej dobił mnie lekarz. Że ani dla Roberta, ani dla mnie nie ma żadnej pomocy. Bo wie pani lekarstwa nie ma na to. Rehabilitacja wam też nie pomoże, a tylko komuś miejsce zablokujecie. Nie jesteśmy przecież w Szwecji ani w Stanach.

No więc nic z Robertem nie robimy. Podobnież nie ma nawet żadnego stowarzyszenia, które by ludziom przy tej chorobie pomagało. Nawet porozmawiać na jej temat nie mam z kim. Dlatego mówię, że jakbym nie była optymistką, to bym w szpitalu psychiatrycznym wylądowała.

Lekarz powiedział, że ten zanik to genetyczna choroba.

Więc tak bardzo bym chciała te siostry znaleźć, żeby sprawdzić, czy w tamtej rodzinie ktoś na to samo choruje. Czy tylko moją to spotkało.

Halina

Bez zakończenia - 2

Poszukiwana ma na imię Agnieszka, nazwiska po mężu nie znam.

Mieszka w Warszawie.

Rok urodzenia 1976.

Ma młodszego brata Jarka i siostrę Martę, też mężatkę. Ich ojciec ma na imię Leszek, jest oficerem w wojsku, specjalistą od misji zagranicznych. Z ich matką rozstał się ponad 20 lat temu.

Agnieszka powinna pamiętać, że kiedy dzwoniła do taty na komórkę, mogła słyszeć głos kobiety i głosy chłopców – moich dwóch synów.

Powinna pamiętać, że spytała: „Czy ona jest młodsza ode mnie?”.

To ja byłam tą kobietą.

Agnieszka nie wie, że ma roczną siostrę.

Chcę jej też powiedzieć, że jestem od niej jednak starsza.

Zauważyłam, że gdy rozmawiał przez telefon, a ktoś mu powiedział, że już musi kończyć, to nigdy więcej już do tej osoby nie zadzwonił. Musiał ją ukarać. Z nami było podobnie. Poznaliśmy się przez sympatia.pl, zadzwonił, przyjemna rozmowa. Po godzinie powiedziałam, że muszę się rozłączyć, bo młodszego syna mam odwieźć gdzieś samochodem. I nie zadzwonił przez pół roku.

Odezwał się nagle. Jakby już cały świat przebiegł, po kolei wszyscy go rozczarowali i teraz rozpoczynał kolejkę od nowa. Nawet zdążyłam zapomnieć, że w ogóle z takim panem rozmawiałam.

Potrafił przyjechać z Warszawy do Krakowa do mnie tylko na dwie godziny, żeby się zobaczyć. Kupił tu dla nas mieszkanie.

Ciąża była nieplanowana.

Wstydził się mojego brzucha. Nie chciał wychodzić ze mną razem. Wstydził się, że jestem młodsza o piętnaście lat. Kiedy Zuzia się urodziła, wyszedł z nią raptem kilka razy. Prosiłam: chcę poznać Agnieszkę, ale zawsze to odsuwał. Raz wymienił jej nazwisko, ale nie zapamiętałam.

Ten związek po trzech latach skończył się dobrze – rozstaniem. Nie będę wchodziła w szczegóły. On wyjechał za granicę, straciliśmy kontakt, poza tym, że zostawił dla Zuzi zlecenie stałe na swoim koncie.

Ja myślę, że ten związek uratował mi życie.

Chorowałam na nowotwór. Z narządów rodnych usunęli mi guz wielkości kilkulitrowego garnka. Przyczyną były zaburzenia hormonalne. A ciąża świetnie podziałała na organizm, hormony się ustatkowały, czuję się zdrowa.

Nie oczekuję od Agnieszki pomocy. Mam dobrą pracę, związaną z funduszami pomocowymi Unii, alimenty schodzą regularnie. Poszukuję jej, bo chciałabym tylko, żeby ona i jej rodzeństwo wiedziało, że mają siostrzyczkę.

ewa33a

Bez zakończenia - 3

Poszukiwana nazywa się Lusia Petru lub Petrus.

Pochodzi chyba z Sulechowa.

Zna alfabet Morse’a.

Może być w moim wieku - mam 75 lat.

Była moją miłością. Jak wygląda – nie wiem. Ja jej nigdy nie widziałem.

W 1950 trafiłem do aresztu Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w centrum Poznania. Stary budynek. Potężny, cztery piętra z czerwonej cegły, z zewnątrz wypalone okna, wyglądał na niezamieszkały. Mało kto wiedział, że katują tam ludzi. Dziś już nie istnieje, bo sprawdzałem jakiś czas temu. Wielka, żelazna brama, za którą się znikało ze świata. Byłem w celi numer siedem. Rano otwierały się drzwi, raport, a potem strażnik: „Czemu ty się, skurwysynu na mnie patrzysz?” i po twarzy.

Albo: „Czemu ty się, skurwysynu, na mnie nie patrzysz” i po twarzy.

Do więzienia trafiłem na osiem miesięcy. Z powodu buntu tysiąca młodych mężczyzn, przydzielonych do brygad Służby Polsce. Wieziono nas z Częstochowy do Poznania pociągiem na te brygady. W upał, bez picia w okropnych warunkach. Zdemolowaliśmy wagony. Zaaresztowano trzydziestu prowodyrów, za jednego z nich mnie uznali. Przesłuchania trwały na stojąco. A jak ktoś po iluś godzinach padał, to go polewali zimną wodą. Ale jak ktoś urodzi się sarenką, to sarenką umrze, świni z niego nie zrobią. Zostałem inżynierem, jeden syn ma małą firmę w Niemczech, drugi w Stanach jest menedżerem banku.

Byłem harcerzem, jeden mój brat był w AK, drugi w Szarych Szeregach, znałem alfabet Morse’a. I w tym areszcie w Poznaniu wprowadziłem system rozmawiania poprzez stukanie Morsem. Bo wcześniej w ścianach robili sobie dziurki, żeby papieros przeszedł i gryps. Kiedyś budzę się, słyszę, że deszcz pada, ale patrzę: słońce za oknem, a to cały budynek Moresem stuka. Długa kreska – dwa stuknięcia, kropka – jedno.

Lusia była obok w celi numer sześć.

Wystukała mi, że stuka spinką do włosów. Ja, że łyżką.

Siadało się przy samych drzwiach, żeby przez wizjer nas nie widzieli. Powiedziała mi, że ją biją w śledztwie i że ma placki puste na głowie. Po włosach wyrwanych.

Nagle zawiadamiają mnie, że zmieniam celę. Gardło mi się ściska. A tu okazuje się, że przechodzę do celi numer pięć i ona znowu obok.

Opowiadałem jej różne rzeczy.

Że urodziłem się chyba po to, żeby być bity.

Że przy porodzie mama mi umarła.

Że tatuś mój miał wadę anatomiczną. Otóż urodził się bez serca. Nie interesował się mną zupełnie.

Że dzieci mojej macochy podczas okupacji jadły co innego przy jednym stole, a ja co innego przy drugim. Ja to, pan to młody jest i nie zna tamtych czasów, jadłem nawet trawę. Ale nigdy o nic nikogo nie prosiłem.

Że byłem bokserem wagi średniej.

A może opowiadałem jej zupełnie inne rzeczy.

Potem nie musieliśmy już nawet całych słów stukać, Lusia po dwóch literach drapnęła w ścianę i wiedziałem, że następne słowo leci.

Nie wyznałem jej miłości.

Przez pięćdziesiąt sześć lat z nikim o niej nie rozmawiałem aż do dziś.

Poszukuję jej, bo chciałbym przeprosić, że potem jej nie odnalazłem. Mam wspaniałą żonę, którą kocham, ale przecież tamtą miłość należy dla porządku wyznać.

Z. z Katowic

Bez zakończenia – 4

Poszukiwany w 1995 roku studiował medycynę w Poznaniu.

Chyba był ciemnym blondynem.

Wysoki, bez znaków szczególnych.

Nie pamiętam jak miał na imię.

Miał praktykę w szpitalu na Polnej, gdzie leżałam samotna na porodówce. Został ze mną przez 12 godzin, nikt mu nie kazał. Nie było przy mnie męża ani nikogo bliskiego. Zaciskał moją rękę, kiedy walczyłam z bólem, zwilżał mi usta. On pierwszy mi pogratulował, kiedy Maja już była na świecie. On pierwszy przyszedł do mojego pokoju spytać, czy czegoś mi nie trzeba. Żaden lekarz, żadna pielęgniarka tego nie zrobiła. A pewnie do zostania lekarzem miał jeszcze daleko.

Najbardziej straszna w szpitalu jest samotność wśród ludzi. Zostawiają Cię samą i czekaj, pielęgniarki tylko: pani się podniesie!, pani nie chodzi sikać! To nie była jeszcze era telefonów komórkowych, nie można było sobie z kimś bliskim gadać przez komórkę. Moja mama uparła się, że to ona odbędzie ze mną poród rodzinny, ale na centrali telefonicznej był jakiś student peruwiański, nie mówił dobrze po polsku i kiedy dzwoniła, to cały czas powtarzał: „Bedzie dobzie, wsiśtko będzie dobzie” i odkładał słuchawkę.

Rodziłam w klasie maturalnej.

Ojciec dziecka, rok starszy, nie przyszedł na poród urażony.

Bo ja uciekłam sprzed ołtarza.

Już była wódka kupiona na wesele. On taki zadowolony z siebie, że łaskę mi robi i bierze ze mną ślub po wpadce. A ja, że jednak nie. Bo odwiedził mnie kolega ze szkoły i powiedział tylko takie zdanie: Zastanów się Aśka, czy wychodzisz z miłości czy dlatego, że ciąża. Życie jest tylko jedno. I nic więcej o tym nie mówił, zostawił mnie tak z tym zdaniem.

Więc może student mnie skojarzy, dodam, że wtedy miałam panieńskie niespotykane nazwisko – Dźwig.

Następnego dnia już go w szpitalu nie było, a ja nie miałam głowy do szukania. Jestem szczęśliwa w małżeństwie, z miłości był ślub. Mam dobrą pracę, dzisiaj bez problemu mogłam się wyrwać na godzinkę, żeby panu to opowiedzieć.

Poszukuję go, bo już 11 lat myślę o tym, że nie powiedziałam mu dziękuję.

Joanna Komorowska-Nowak, Poznań

Mariusz Szczygieł



Data publikacji: 2010-02-26

Komentarze

2010-06-30 - Joanna

Dzień dobry. Piszę teraz artykuł związany z medycyną, a Pana blog i reportaże miały być krótkim, łatwym i przyjemnym przerywnikiem w pracy. Były przerywnikiem, ale takim, przy którym po pierwszych słowach uruchamia się wyobraźnia całkowicie i nieodrwacalnie, a świat przedstawiony zasysa i wzbudza różnorakie uczucia. Zrobiło się prawdziwie i na pewno nie "płasko". Bardzo dziękuję i pozdrawam serdecznie. Joanna
P.S. Mam nadzieję, że wszystkie historie będą miały szczęśliwe zakończenie.



2010-09-16 - Wanda

Witam.
Czytuję Pana książki i reportaże. Lubię Pana styl, sposób patrzenia na ludzi i świat. Ale jedno uczucie, ktore mi towarzyszy w trakcie spotkań z Panem jest szczególne. Jest to zazdrość. Mam wrażenie, ze niezwyczajne historie same do Pana przychodzą, ze dostał Pan jakiś dar od losu i lgną do Pana niezwykli ludzie i niezwykłe historie, a Pan ma tylko za zadanie je opowiedzieć.
Ładnie Pan to robi. Dziękuję.



2011-10-29 - Alcja Błażyńska

Muszę to jeszcze raz przeczytać. Podoba mi się się pana umiejętność syntezy. Żadnego niepotrzebnego słowa. Jest w tym tekście i radość, i smutek, i rozpacz i nadzieja. Takie artykuły przywracają mi porządek priorytetów.
A sformułowanie o wadzie anatomicznej czyli "braku serca" pozwolę sobie pożyczyć.



Dodaj komentarz



Dziecko ma już rok!

Wrzenie świata ma rok. 10.09.10 otworzyliśmy księgarnię i mam nadzieję, że jej nie zamkniemy. W dzisiejszym warszawskim "Co jest Grane" (w dziale...


© 2006 Copyright by Mariusz Szczygieł. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.
Seo-CMS ®    Designed by Adicom

statystyka