Najczęstsze
pytanie - jakie publiczność, wchodząca do studia, zadawała przez ponad sześć
lat mojej pracy w telewizji - brzmiało: „A to my nie wchodzimy na dach?”.
Nie
mogłem uwierzyć, że niektóre, nawet nowocześnie wyglądające, osoby z widowni
mogą myśleć, iż Polsat cokolwiek kręci na prawdziwym dachu. Jedna pani ze
Stargardu wzięła ze sobą nawet jedwabną chustkę, była bowiem przekonana, że
silny wiatr rozwieje jej włosy podczas nagrania. Niestety, przekonywałem się
wielokrotnie, że ludzie wierzą w prawdziwy dach. Wydawało nam się, że to, co
widać na ekranie - jednoznacznie sugeruje umowność. Mariusz Szczygieł nigdzie przecież
nie lądował żadnym helikopterem.
Podczas
pracy poznawałem też inne cechy „masowej widowni”, jednak ze swoją wiedzą musiałem się kryć. Gdziekolwiek
ujawniłem pogląd, że publiczność jest na niezbyt wysokim poziomie, wmawiano mi,
że się mylę. Że to twórcy telewizyjni, aby produkować więcej tanich i
tandetnych programów, ogłaszają: widownia jest prymitywna i potrzebuje rechotu
w sitcomach. Dziś, kiedy po szoku związanym z sukcesem „reality show”, filozof
Jacek Hołówka przyznał na łamach „Polityki”, że inteligencja miała bardzo
fałszywe pojęcie o polskim społeczeństwie, myśląc, że jest to społeczeństwo
wysokich ambicji – nabieram odwagi. Rzeczywiście – z mego doświadczenia wynika,
że odpowiednio manipulowani przez media, możemy stać się społeczeństwem doskonałych
bezmyślnych konsumentów.
Pewnego
razu do „Na każdy temat” zaprosiliśmy śpiewaczkę operową, która przygotowała
nie te utwory, co trzeba. Nagle zaskoczyła nas informacją, że zaśpiewa pieśń
Karłowicza. Zaniemówiliśmy, bo o północy w niedzielę, po prezentacji fryzur
intymnych, zaserwować rozgrzanej publiczności smętną pieśń: „Chylisz główkę na
pierś białą” czy coś w tym stylu – to dla telewizji komercyjnej samobójstwo.
Wtedy jednak reżyser Witold Orzechowski, który ma wyczucie masowej widowni, wpadł
na genialny pomysł. „Powiesz” – zwrócił się do mnie – „że to jest pieśń, która
leczy. Dźwięki wydawane przez śpiewaczkę mają taką częstotliwość (co –
zaznaczysz - zbadali naukowcy japońscy) że wpływają one na funkcjonowanie
organów wewnętrznych człowieka. I każdy, kto cierpi na nerwicę, bezsenność i
wrzody żołądka, powinien podczas wykonywania utworu dotknąć głośnika od
telewizora. Wtedy będzie wyleczony”.
Gdy
montowałem program, w czasie występu śpiewaczki dodałem jeszcze na ekranie
napis: „UWAGA CHORZY! Proszę trzymać się telewizora!”.
Efekt
przeszedł wyobrażenia. Rzecz całkowicie zmyślona podziałała cudownie. Nadeszły
listy z podziękowaniami, że pieśń wyleczyła ludzi z depresji, wrzodów i lęków.
Młoda kobieta pytała, czy większe dawki byłyby w stanie wyleczyć bezpłodność.
Surrealizm na miarę filmów Barei stał
się rzeczywistością.
Pan
profesor Hołówka i red. Barbara N. Łopieńska kończą swoją rozmowę naiwnym -
według mnie - przekonaniem, że w końcu ludzie zobaczą w telewizji jak są głupi
i się poprawią. Jacek Hołówka stawia niedorzeczną wręcz tezę: za jakiś czas te
wulgarne programy telewizyjne i okropne teksty w prasie będą pełniły funkcję
lustra. Efekt lustra zadziała, lustro nas uratuje.
Otóż
nic nas nie uratuje.
Czy
w którymś z mocno zmakdonaldyzowanych, zewnątrzsterownych społeczeństw taki
proces miał miejsce? Czy Niemcy (skąd na przykład przybył do Polski „wirus
głupkowatej prasy kolorowej”) przejrzały się w lustrze i oniemiały na własny
widok? Czy z podobnego powodu w Stanach
przestano produkować idiotyczne programy? W Polsce „pauperyzację intelektu” w
przestrzeni publicznej ciągle analizuje się w oderwaniu od procesów światowych,
zakładając, że jesteśmy jakimś wybranym niezwykłym narodem, którego te prawidła
nie dotyczą.
Od
pojawienia się „Big Brother” słyszę jeden wielki lament inteligencji. Jednak
nikt uczciwie nie przeanalizował: Czy Amerykanie lub Włosi są „mniej moralnym”,
„głupszym”, „gorzej komunikującym się ze sobą”, „mniej szczęśliwym”,
społeczeństwem, niż my, bo od dawna oglądają gównianą papkę w telewizji? Czy
„prymitywna” telewizja wyprodukowała tam same zniewolone umysły, pozbawione
rozsądku? Dlaczego więc ogromne masy Amerykanów są nadal tak religijne?
Dlaczego Włosi nadal celebrują wielogodzinne kolacje, w których najważniejszą
wartością poza winem jest jednak rozmowa?
Pan
profesor uważa, że kiedy Polsce przybędzie inteligentów i będą stanowili 30
proc. populacji, nadadzą ton ogółowi. Wątpliwe. We Włoszech i USA inteligentów
jest więcej, niż w Polsce i co? Nadali ton? Kraje te produkują mniej
niewybrednych programów telewizyjnych? Niedawno na przykład włoska prezenterka
w popołudniowym talk show ściągnęła majtki i rzuciła na twarz pisarzowi, który
zarzucił jej brak poczucia humoru.
Na
razie, przy niewielkim wpływie szkoły i Kościoła, przy zaniku czytelnictwa,
jedynymi miejscami, z których
inteligenci mogliby promieniować na społeczeństwo, są media. W Polsce głos
inteligenta ma znaczenie, gdy pojawi się tylko w dwóch, trzech tytułach:
„Polityce”, „Gazecie Wyborczej” i ewentualnie „Rzeczpospolitej”. Reszta
tytułów, i z lewa, i z prawa, łącznie z „Życiem” i „Przeglądem” ma marginalne,
niszowe znaczenie. Na razie więc mądry inteligent w Polsce przemawia sam do
siebie. Profesor Hołówka - do redaktor Łopieńskiej i odwrotnie. I nie ma to
żadnego znaczenia dla zadowolonych z siebie mas.
O
mizernej roli inteligenta w telewizji publicznej napisano setki artykułów, więc
temat pominę. A co z rolą inteligentów pracujących w „Chwili Dla Ciebie”? Czas
zastanowić się, czy inteligent-dziennikarz, gdy opuszcza na przykład „Gazetę
Wyborczą” i idzie do pracy w „Super Expressie”, „Halo” czy TVN naprawdę
głupieje? Bo dlaczego nagle produkuje – jak nazwał to profesor Hołówka – „te
okropne teksty i programy?”. Redaktorami kolorowych tygodników zostali przecież
byli redaktorzy „Gazety Wyborczej”, „Poezji” a nawet „Tygodnika Powszechnego”.
Dyrektorem programowym największej stacji komercyjnej jest były publicysta
prawicowej „Arki”, poeta, którego wiersze zyskały miano intelektualnych. Dziś
podpisuje on m.in. zgodę na emisję „Różowej Landrynki”.
Przykładów
mam mnóstwo, ja też jestem jednym z nich. Wszyscy stracili głowę i obniżają
loty? Otóż nie. Pracując w komercyjnych mediach, mają małą szansę, by przemówić
własnym głosem inteligenta. Muszą stosować się do wytycznych właściciela
nastawionego na zyski.
A
kiedy już dopadnie się kasy w komercyjnych mediach, bardzo trudno jest
przestać. Gdy dwa miesiące temu odchodziłem na własną prośbę z telewizji,
usłyszałem, że mam coś z głową. Nikt bowiem przy zdrowych zmysłach nie porzuca
złotego źródełka, jakim są telewizyjne zarobki. Najczęściej ludzi się wyrzuca
albo ich programy spadają z anteny.
Profesor
Hołówka łudzi się, że gdy przybędzie inteligentów i będą stanowić krytyczną
masę, zaczną wpływać na potrzebujący wzorców lud. A ja nie wierzę, że „nowy
inteligent” uzdrowi społeczeństwo. Ów inteligent będzie mógł tylko jeszcze
inteligentniej służyć swemu właścicielowi. I inteligentniej przysparzać kasy.
Spotkałem
niedawno wykształconą dyrektor agencji reklamowej. „Wiesz” – powiedziała – „ci
ludzie z twojego programu są jacyś tacy brzydcy, źle ubrani, małomiasteczkowi.
Nie mogę patrzeć na tę prowincję”. Tak więc o inteligencie rozumiejącym masy,
na którego czeka profesor Jacek Hołówka, radziłbym zapomnieć. Inteligent za
kilka lat nie będzie miał ochoty kogokolwiek rozumieć. Ani bezrobotnych, ani
słuchaczy disco polo. Będzie cechować go wyłącznie obojętność i arogancja.
Jedyne, co będzie dla niego ważne, to jego własna wąska specjalizacja (a więc
ucieczka od ogólnohumanistycznej wiedzy) i własne konto. Czy Pan profesor
wierzy, że za 15 lat jakieś bibliotekarki z poczuciem misji będą namawiać nowe
duszyczki na Stendhala?
Zgadzam
się tylko z jednym zdaniem z wywiadu red. Barbary N. Łopieńskiej: „Boże, to
róbmy coś”.
Mam juz okladke mojej nowej ksiazki. Moze jeszcze beda jakies poprawki liternictwa, zeby mi Jezus Chrystus Davida Černego nie zjadl tytulu ani nazwiska. Jestem...