W literaturze faktu
trudno o eksperyment. Bo fakty ograniczają formę.
Pisarz fikcji
może sobie robić, co chce. A reporter musi uważać, żeby mu forma nie zdeformowała prawdy. Zawsze pilnujemy, żeby nasze reportaże do gazety (czytaj:
do „Dużego Formatu”) nie były zbyt literackie. W tym sensie „zbyt”, żeby ich
literackość a zwłaszcza pretensje do literackości nie przeszkadzały w lekturze. Przecież jesteśmy tylko gazetą do czytania w
tramwaju.
Czasem zachwyci mnie nagle idea jakiegoś artysty. Malarza, czy fotografika. Patrzę
na czyjś obraz i łapie mnie natręctwo. Artystowskie zupełnie. Uporczywie zastanawiam się na przykład, jak można przełożyć pomysł plastyczny na
non-fiction.
Weźmy Romana Opałkę,
który od 44 lat, dzień po dniu wpisuje na coraz jaśniejszych płótnach liczbę za
liczbą i liczby te z obrazu na obraz rosną. Mówi, że jest przejęty upływem czasu;
idea malowania czasu stała się jego programem, który zostanie zakończony, kiedy
umrze. A jak zapisać REPORTERSKO upływ czasu? Przyznam się, że wraca do mnie ta
myśl od 1988 roku, kiedy przeczytałem pierwszy wywiad z Opałką i mnie – 22
latka wbił w fotel.
Na wiosnę byłem na wieczorze autorskim w
Monachium i w Haus der Kunst zobaczyłem obrazy niemieckiego
malarza od których nie mogę się uwolnić. Nie na ścianach (choć na ścianach były
jego uderzające abstrakcje), tylko w albumie sprzedawanym w muzealnej
księgarni.
Overpaintet photographs
Gerharda Richtera. Gość ma 77 lat, a przez 20 lat oblewał farbą zdjęcia.
555 fotografii różnorako
umazanych farbą możecie znaleźć na jego stronie http://www.gerhard-richter.com Niektóre zalał, oblał, natarł, polał, a na niektóre trysnął lub wylał.
8.08.04
Copyright by: http://www.gerhard-richter.com
11.02.1998
Copyright by: http://www.gerhard-richter.com
Dwie materie. Zupełnie różne
na pierwszy rzut oka. Jednak patrzący czuje, że te dwie odmienności na jednym
obrazku mają jakiś związek. Ale jaki? Może istnieje on tylko w głowie artysty,
a to, co je łączy, pozostanie dla patrzącego na zawsze niejasne i niewidoczne. Mamy
się tego tylko domyślać (albo i nie). Może niektórzy z nas będą wpatrywać się w
te połączone ze sobą obrazy godzinami. Żeby dociec, dlaczego właśnie Wenecję
zalał farbą żółtą i nigdy nie odgadną tajemnicy tego małżeństwa. Co olejna
farba widzi w fotografii?, i na odwrót. A to stanie się powodem, że niektórzy z
nas będą do tych obrazów wracać przez lata.
Ja wracam.
(Richter urodził się w
Dreźnie, jest najdroższym – zdaje się – malarzem niemieckim, mieszka w
Dusseldorfie. Piszą, że tak jak Miles Davies był jazzem, tak Richter jest
malarstwem itepe, jeśli dobrze zacytowałem).
22.09.1994
Copyright by http://www.gerhard-richter.com
Od wiosny kokietuję
myśl o podobnym połączeniu dwu różnych materii w reportażu. Overpaintet photographs przełożone na słowa. Wprawdzie
w tekście „Film się musi kręcić” nałożyłem jeden dzień chłopca na
siedemdziesięcioletnie życie kobiety (jeden dzień miał być równorzędny wobec 70
lat), ale materie były te same: wydarzenia. A u Richtera są obce.
Latem pojawił się w
„Gazecie Wyborczej” reportaż w typie na jaki zawsze się cieszę. Zaskakujący
sposobem podania, co w polskiej prasie i literaturze non-fiction jest rzadkie.
Reporterka nagle do story o dziejach wsi Okół, opowiadanej przez miejscowe
kobiety, wplata informacje o dinozaurach, także z Wikipedii. (Lidia Ostałowska – „Okół
wokół” - http://wyborcza.pl/1,76842,6918306,Okol_wokol.html)
Nie wiemy, po co. Ma intrygować. Dopiero na końcu reportażu wyjaśnia się
intencja Lidki.
A intencji Richtera na
wierzchu nie ma. Nie widać ich. Są, ale w naszych głowach.
Jeśli ktoś przeczytał
reportaż Ostałowskiej, to muszę przytoczyć tu jeden genialny pomysł czytelnika,
który ujawnił go pod jej tekstem na wyborcza.pl Jeśli nie zaglądaliście tam,
przeczytajcie tu.
Otóż czytelniczka lub czytelnik o nicku Deerzet
streścił/a historię kobiet wsi Okół. Przy pomocy kilku imion i nazw zawodów. I
jest to jeden z ciekawszych formalnie reportaży (choć opiera się na cudzym
reportażu) jakie przeczytałem w życiu. Mimo że ma tylko kilka linijek. Oto on:
Leokadia - Longina -
Regina - Janina - Kazimiera - Irena - Zofia
... - - - ...
Pozdrawiam Deerzet
serdecznie. Szkoda, że się nie znamy, bo może powininien/nna wykładać w Polskiej
Szkole Reportażu.
22.10.1999
Copyright by http://www.gerhard-richter.com
Od formy reportażu
odejdę sobie jeszcze do przeżyć czysto estetycznych.
W listopadzie Ambasada Wielkiego Księstwa Luksemburga w Warszawie
przygotowała dla luksemburczyków, którzy w piątkowe wieczory uwielbiają
zajmować się sami sobą (przy pomocy gier planszowych w pubach) – weekend ze
sztuką i literaturą polską. Nie wiem, jak bogaci luksemburscy emeryci, ale ja
czułem się tam świetnie. (Pan Ambasador Ronald Dofing organizował nam wycieczki, dobre jedzenie, jeszcze nigdy żadne państwo nie otoczyło mnie tak czułą opieką :)). Miałem spotkanie z czytelnikami w dawnym luksemburskim więzieniu,
przerobionym na dom kultury (stal, drewno i szkło).
Poszedłem do Mudam
czyli Musée d'Art Moderne Luxembourg.
„Mudam - straszna nuda”.
(Taką reklamę mógłbym im nagrać, ze znaczącą przerwą na głos w miejscu myślnika).
Nuda taka –
porównywalna tylko z nudą muzeum sztuki współczesnej w Bielefeld – że gdyby nie
to, że poza Mudamem wiał lodowaty wiatr, lało i wyrywało parasole, to uciekłbym
natychmiast. Pan jakiś ustawił różnie względem siebie płaszczyzny ze sklejek i
myślałem, że padnę. Skrzynki ze sklejek, podesty ze sklejek… Magazyn stolarza
sklejkowego. Było to tak nijakie, że nawet nie chciało mi się zanotować
nazwiska autora, żeby sprawdzić w domu, kto to, jaki miał pomysł i dlaczego
go nie rozumiem.
Te sklejki nic do mnie
nie mówiły.
Ale dobrze, że nie
uciekłem. Bo nagle znalazłem w przestrzeniach Mudamu miejsce, z którego nie
chciało mi się wyjść. Kaplicę.
Gotycką niby, z metalu,
z podświetlonymi witrażami. A na nich – szkielety zwierząt, ludzi i ułamki scen
erotycznych. Autor, Wim Delvoye ponoć w 2001 roku namówił przyjaciół na seks w klinice
medycznej. W pokoju badań radiologicznych nasmarował ich lekko tlenkiem boru
czy czymś takim i zrobił zdjęcia rentgenowskie. Klisze przeniósł na witraże.
Delvoye jest Belgiem
(1965 rocznik), ma bardzo pomysłową stronę http://www.wimdelvoye.be
Jest autorem kilku rzeczy, które mógłby mu pozazdrościć David Černý. Stworzył np. maszynę do produkcji prawdziwego kału (potem
pakowanego w opakowania próżniowe i sprzedawanego).
Idea porno, idea
kościoła, istota wyższa, pobudki niskie. Człowiek jako następca Boga i sacrum w kościele Delvoya, a przecież
śmiertelny worek na kości, co unaocznia właśnie rentgenowska klisza – to można
sobie myśleć. Wszystko sobie pomyślałem tam na miejscu, teraz nie będę się w to
wdawał. (Sztuka nazwana natychmiast przecież znika). Chcę tylko powiedzieć
jedno: w tej kaplicy czułem się naprawdę świetnie.Jak w żadnym innym
kościele z prawdziwym Bogiem.
Jak wiemy, obraz nie jest po to, żeby przy nim było miło (tak bym
streścił ideę sztuki współczesnej). A ja w tej kaplicy bardzo przyjemnie spędziłem czas. (Dopóki nie przyszli
inni zwiedzający rzecz jasna).
Czy moja przyjemność z tymi kościotrupami unieważnia dzieło W.D., czy właśnie o nią mu chodziło?
(W Czechach na przykład celowo się produkuje maleńkie trumny dla przyjemności. Są to ciastka - rakvičky czyli trumienki. Najlepsze z bitą śmietaną).
Jest jednak z Delvoyem
pewna ciekawa zagwozdka.
W 1973 roku
Stanisław Lem napisał wstęp do albumu z pornograficznymi kliszami
rentgenowskimi właśnie. Proszę bardzo: Cezary Strzybisz, „Nekrobie” (139
reprodukcji), który „w trupy wrobił spółkujących”.
29 lat przed Delvoyem
wyzwolił kości.
Lem pisze, że Strzybisz
„jedną najbardziej z n o w o c z e s n y ch technik skierował na n a j s t a r s
z e zadanie gatunku”.
Lem przytacza
recenzentów, którzy piszą o kościach, wydobytych z futerałów dla spełnienia
tajemniczej inicjacji.
Lem przekonuje, że naprawdę
tak właśnie wygląda śmierć w środku życia.
Lem opisuje nekrobie i –
słuchajcie – są takie jak u Belga: w swoim abstrakcyjnym rysunku estetyczne,
odnalazły własną geometrię, co nawet dodaje im powagi. Plagiat?
Otóż Cezary Strzybisz nigdy
nie istniał. Zdjęcia rentgenowskie podczas aktu seksualnego wymyślił sam Stanisław
Lem. W swoim dziełku „Wielkość urojona”, gdzie zamieścił wstępy do książek,
których nie ma.
Czy Wim Delvoye czytał
Lema?
Post Scriptum od kolegi
Mój kolega z Londynu Arkadiusz Glass przysłał mi info i fotkę, która pasuje do dzisiejszych moich zapisków. Pisze:
"Kolo Regent's Parku w Londynie jest kosciol Sw Trojcy,
zbudowany jako jeden z wielu w 1818 roku ku pamieci pogromu Napoleona
pod Waterloo. Wlasciwie to byl kosciol, bo w latach 30. ulegl
tzw. desakralizacji i znalazl sie tam magazyn ksiazek wydawnictwa
Penguin. Teraz jest uzywany na rozne cele, a w pazdzierniku bylem tam
na wystawie sztuki wspolczesnej.
Ukrzyzowany orangutan moze
szokowac (choc, mam nadzieje, nie Was). Ale musicie przyznac, ze nie
jest to widok, kolo ktorego mozna przejsc obojetnie. Ta instalacja
miala zwracac uwage na ginace gatunki malp czlekoksztaltnych oraz na
to, ze byc moze nieprawdziwy jest poglad, ze zwierzeta nie maja
duszy...
Kiedy robilem te zdjecia moj aparat - zwykla malpka
(czy nie myslicie, ze to okreslenie w tych okolicznosciach jest bardzo
wymowne?) uznala twarz goryla za twarz ludzka i aparat uruchomil
funkcje redukcji czerwonych oczu. I to przy wszystkich trzech
zdjeciach, ktore wtedy zrobilem. Kiedy to pojalem, opadla mi moja waska
szczeka".
(Mam nadzieję, że orangutan nie został specjalnie do tej instalacji zabity - przyp. M.Szcz).
Data publikacji: 2009-12-27
Komentarze
2009-12-28 - ik
...a czy "zbyt literackości" można się oduczyć, pozbyć, wyrzucić? jak sobie z tym "problemem" poradzić? Nie chodzi mi o wymyślanie, fantazję itd, bo wiadomo, że reporter nie może nic zmyślać i to dla mnie oczywiste, jak słońce na niebie.rnrnKaplica przypomniała mi pewną szopkę noworoczną w centralnej Afryce. W żłóbku leżał kościotrupek (oczywiście spreparowany czy też sztuczny) małego dziecka, Jezusika. Tu też szczęka mi opadła - jak przy tych witrażach i orangutanie.rnPewnie Pan zna, ale polecam fotografie Wojciecha Prażmowskiego, który upływ czasu pokazuje poprzez zdjęcia, które sam sobie robi :)rnrn
2010-01-02 - Kasia
Z lekka prostackie. Poza tym pachnie nietolerancją, bo jest (jakby nie patrzeć) bluźniercze w stosunku do religii. Szokowanie stało się w naszych czasach tak popularne, że prawdziwie oryginalna byłaby forma, która nie znosi treści. Sztuka nie musi być "grzeczna", nie musi być "w granicach dobrego smaku", ale kto powiedział, że ma na starcie obrażać? Pzdr.
2010-01-02 - Mariusz Szczygieł
Ponoć artystom wolno więcej. Pani Kasiu, chodzi Pani o małpę na krzyżu? Zrozumiałem, że dopuszcza Pani, że sztuka może być niegrzeczna i być w "złym smaku". Jednak wydaje mi się, że bardzo trudno wytyczyć granicę między "poza złym smakiem" a obraźliwością. Pisze Pani (parafrazuję): nie musi być wierny żonie, ale niech nie będzie dziwkarzem. I teraz kto wytyczy mur, za którym zaczyna się to, co złe? Myślę, że w sztuce widz decyduje, co go obraża a co jest dopuszczalne choć niesmaczne. Ja jestem innym widzem niż Pani i mnie ten orangutan ani nie obraża, ani nie brzydzi, ani nie budzi mojego sprzeciwu. Żadnego. Nawet wydaje mi się ten pomysł pomysłem jakoś chrześcijańskim i humanistycznym w swym założeniu. Z którym widzem powinien się więc liczyć artysta (gdyby chciał)? cdn.
2010-01-02 - Mariusz Szczygieł
cd. Mój tata (rocznik 1933) akceptuje tylko obrazki z jeleniem na rykowisku, tzw. "ładne widoczki"; może to być np. panorama miasta realistycznie namalowana. I to tylko panorama miasta zabytkowego, bo - synu - innych nie ma sensu malować. Dla niego już Richter ze swoimi mazajami byłby po prostu odrzucający i obrzydliwy. Artysta nie powinien się liczyć ani z tatą, ani z Panią, ani ze mną. Tylko wtedy może powstać coś wartościowego. Tak myślę, choć to banały :)
2010-01-02 - Kasia
W jakiś sposób musi się jednak liczyć z tym, że np. zostanie skrytykowany przez daną grupę społeczną, w której wartości uderzy. Od tego się nigdy nie ucieknie, artysta, który wystawia swoje dzieło publicznie, musi być gotowym na każdą reakcję. Ja np. dorastałam w wartościach chrześcijańskich, więc mnie małpa na krzyżu razi. Poczucie smaku, jak Pan słusznie zauważył, zmienia się z biegiem lat, jednak dla pewnych grup niezmienne są rzeczy święte, które każdy ma obowiązek szanować.
2010-01-03 - Mariusz Szczygieł
Zgadzam się. Musi się liczyć z reakcją. Ale co do niezmiennie świętych rzeczy... Dyskusyjne to bardzo, bo swastyka była przez kilkanaście lat świętym znakiem/rzeczą, który każdy miał obowiązek szanować. I nie wyobrażano sobie w III Rzeszy, że już kiedykolwiek może być inaczej. Dla wielu krzyż na przestrzeni dziejów to symbol opresji, wojen, terroru - słowem zła. Takie są fakty historyczne. Żeby mnie dobrze Pani zrozumiała: nie namawiam do bezczeszczenia krzyża, plucia na niego itp. Jeśli jakiś koleś przy mnie kopnie krzyż przydrożny - zareaguję ostro. Ale wypowiedź artystyczna podlega innym prawom (moim zdaniem). Serdeczności.
2010-01-04 - ab
Dodam do dyskusji jeszcze jedną wątpliwość: kto ma prawo do artystycznej wypowiedzi? Kiedy ona jest artystyczną prowokacją, a kiedy bluźnierstwem? Myślę, że to zależy nie od odbiorcy, ale od autora. To on wybiera formę przekazu swojej myśli, miejsce (naznaczone przecież jakąś kulturową wartością). Słowem - kontekst. No i jednak artysta musi liczyć się z odbiorcą (z bohaterem pracy zresztą też), bo dla niego tworzy swoje prace. To chyba nawet jest pewien warunek istnienia sztuki: interakcja twórcy z odbiorcą poprzez dzieło. Czyli tak naprawdę należy dorzucić do kontekstu także intencję. Ale wracam do pytania z początku: kto ma prawo do artystycznej wypowiedzi? Czyja wyobraźnia jest już "artystyczna", a czyja jeszcze "zwyczajna"? Twórca jest artystyczny, a odbiorca zwyczajny? Chyba nie...
2010-01-04 - ik
Wydaje mi się, że każdy artysta liczy na reakcję odbiorców. Podobnie pisarz, reporter, fotograf itd. Każdy, kto tworzy cokolwiek, chce, żeby inni to dostrzegli. Liczy na reakcję, ale nie powinien (chyba) uzależniać, dopasowywać swojego dzieła do gustów powszechnie panujących. Bo jeśli chciałby uniknąć obrazy, to po prostu nic by nie stworzył. Bo artysta tworzy to, co i jak czuje (no chyba, że się mylę ;)?) Bo nawet poczucie dobrego smaku jest różne dla różnych osób. Greco, Dali, Picasso, Bunuel, Beatlesi, Stone'si kiedyś bulwersowali - a teraz?
2010-01-05 - kamil f.
Uważam, że to odbiorcy decydują czy coś jest artystycznym aktem czy nie. Jak połowa odbiorców uważa, że nie jest, a druga połowa, że tak, to mamy do czyneinia z dziełem. poza tym można odróżnić jednak wandalizm i bluźnierstwo jako akt chuligański od aktu artystycznego. Do tego nie trzeba tworzyć kodeksów. Obsikanie krzyża przez pijaka lub studenta w akademiku jest czymś innym niż krzyż w moczu, sfotografowany przez Serrano. oczywiście ten drugi będzie uznany za bluźniercę przez większośc katolików, ale przez dużą część publiczności za kogoś, ktoś chciał powiedzieć coś ważnego. I to jest najważniejsze w tym rozróżnieniu.
2010-01-05 - Kasia
Artystów zawsze ocenia się subiektywnie. Ja spotkałam się nawet z opiniami, że Dostojewski to grafoman (i to nie było zdanie jakiegoś szczyla). Nie ma takiego gościa, który nie podlegałby krytyce. Jeżeli jest Dostojewskim i wszyscy krytycy się nim zachwycają, nie oznacza to, że nie możemy go uważać za grafomana. Tak samo jest z małpą na krzyżu. Dla mnie to grafomania (o ile wystawa może być grafomanią), albowiem każdy człowiek mógłby na to wpaść i to zrealizować. Sztuką natomiast jest coś, co stworzyć mogą nieliczni. Coś odjechanego. Pzdr
2010-01-05 - Mariusz Szczygieł
Małpy na krzyżu nie mógłby stworzyć każdy, Pani Kasiu. Czy Pani mogłaby? No właśnie - nie. Nie zrobiłaby Pani tego nigdy (jak domyślam się z Pani wpisu). Czyli nie każdy. Poza tym często mówimy: "Każdy mógłby to zrobić". No to dlaczego nikt tego nie zrobił? Ważne jest kiedy ktoś coś zrobi pierwszy raz. Rzecz, której dotąd nie było, a która sprawia, że nasze myślenie może ulec zmianie. O której nie możemy zapomnieć (Jak Pani i ja - o tej małpie, przecież ta dyskusja o tym świadczy). I autor tej małpy był pierwszy. Oczywiście zakładamy, że jest pierwszy. Krzyża we współczesnej sztuce sporo się używa, choć nie sadze, żeby to był plagiat. Grupa czeska Kamera Skura pokazała Chrystusa jako gimnastyka. Trzymetrowa rzeźba cierpiącego Jezusa w pozie na krzyżu, ale ubranego w sportowy dres.
2010-01-05 - Mariusz Szczygieł
Autorzy dali Jezusowi ciało atlety. Podnosi się na kólkach. Pokazali go w Wenecji w 2003 r., ja widziałem instalację w Pradze i ten Chrystus był otoczony wyświetlaną na ekranach publicznością sportową, która darła się jak na jakimś meczu. Jeden z autorów powiedział, że dzisiejsze społeczeństwo traktuje sportowców jak bogów. Haszek - jest Bogiem! - potrafią krzyczeć na meczu. (Haszek to czeski bramkarz hokejowy, jeden z najlepszych w historii). Wolałbym nie czytać tego wyjaśnienia, bo mnie znaczenie tek pracy wydaje się o wiele szersze. Pani Kasiu, każdy symbol, każda ikona, każdy święty znak musi być po jakimś czasie odreagowany - to normalny proces. Dla mnie ta praca jest o czymś innym. Mówi, że współczesny człowiek tworzy Jezusa jak mu wygodnie. Każdy mu przydaje coś innego,
2010-01-05 - Mariusz Szczygieł
każdy pokrzykuje na niego, żeby jeszcze lepiej się wyginał, jeszcze ciekawsze akrobacje dla nas wykonał.
W miarę dobre zdjęcie ćwiczącego Chrystusa, bo ciężko znaleźć w sieci, jest tu:
http://independent.pl/n/1552
2010-01-06 - ik
Kiedyś obiło mi się o uszy zdanie: Popkultura jest doskonałą alternatywą dla Jezusa Chrystusa. Coś w tym jest. Pozdrowienia
2010-01-06 - Kasia
Ćwiczący Chrystus to już sztuka. Ja bym nie wpadła na to, że można w ten sposób przedstawić ludzkie zapatrywania na tych tworzonych przez siebie "bogów". Ale generalnie wykorzystywanie świętości do przekazywania czegokolwiek światu wydaje mi się takim popularyzowaniem. Czyli zdejmowaniem z tronu (tu: z krzyża) czy to Chrystusa, czy innych osób, bądź nawet idei, np. Mickiewicza - na rynku dostępna jest wódka o nazwie "Pan Tadeusz". Niby nic takiego, ale jednak wiąże się to raczej z brakiem szacunku dla tej osoby, a co za tym idzie: z wykorzystaniem go do celów marketingowych. A ostatnimi czasy nasiliła się taka moda na nieszanowanie czegokolwiek. Dzisiaj nawet tolerancja jest tylko pozorna i na pokaz. Pzdr
2010-01-06 - Lesiak
Gdybyśmy szanowali wszystko tak jak Kasia chce, w takim typie szacunku społeczeństwa konserwatywnego, życie byłoby nudne i okropne. Właśnie to co nazywamy "brakiem szacunku" sprawia, że rodzą się nowe idee, świat idzie do przodu. Z szacunku dla rodziców moja koleżanka nigdy nie związała się z kobietą, a jest lesbijką. Ma 52 lata i zmarnowane samotne życie za sobą. Zawsze powtarza: ale ja szanuję moją rodzinę. Cierpi tyle lat. Wódka zaś Pan Tadeusz jest reklamą Pana Tadeusza, postaci wymyślonej. Trudno mówić o braku szacunku dla istoty, która żyje tylko w wyobraźni.
2010-01-06 - Kasia
Tu chodzi raczej o Mickiewicza, bo to w końcu jego podobizna jest na tej wódce. Natomiast szacunek dla kogoś nie oznacza dostosowywania swojego życia do czyjegoś "widzimisię". Można szanować rodziców przez lojalność wobec nich, a nie pozwalając na decydowanie za siebie w takich ważnych sprawach, jak związki. To nie stanowi sprzeczności.
2010-01-06 - ab
Sytuacje intymne (do tych zaliczam religię) powinny pozostawać w sferze osobistej. Budzą ogromne emocje, które wyzwolone poza umysł stają się niemożliwe do okiełznania. Wykorzystywanie tego faktu nie jest sztuką.
2010-01-07 - deerzet
w postaci małpy zamiast >OnegoJego< za postać.rnTo zew, byśmy jednak - bez oglądania się na mirrę, kadzidło i złoto na ornatach - próbowali żyć po bożemu. I ateiści i wierzący.rnKtoś, kto nie pozwala innym, w tym artystom, posługiwać się religijnym "tworzywem", by przekazać ludziom głębszą treść do przemyśleń, powinien się zastanowć, czy nie grzeszy.rnOngi swemu Ojcu, przy analogicznym sporze o prasowy wizerunek Matki Boskiej w masce gazowej na twarzy, udało mi się Ojczulka mego przekonać. Choć poziom artyzmu był inny, ale przekaz prosty: "Ludzie, opamiętajta się!".rnPowtórzmy więc: "Ludu, ach mój ludu!"rnA że to małpa krzyczy?rnMa rację!rnCzyż nie?
2010-01-07 - deerzet
W postaci małpy zamiast >OnegoJego< za postać. To zew, byśmy jednak - bez oglądania się na mirrę, kadzidło i złoto na ornatach - próbowali żyć po bożemu. I ateiści i wierzący. Ktoś, kto nie pozwala innym, w tym artystom, posługiwać się religijnym "tworzywem", by przekazać ludziom głębszą treść do przemyśleń, powinien się zastanowć, czy nie grzeszy. Ongi swemu Ojcu, przy analogicznym sporze o prasowy wizerunek Matki Boskiej w masce gazowej na twarzy, udało mi się Ojczulka mego przekonać. Choć poziom artyzmu był inny, ale przekaz prosty: "Ludzie, opamiętajta się!". Powtórzmy więc: "Ludu, ach mój ludu!" A że to małpa krzyczy? Ma rację! Czyż nie?
2010-01-18 - Paweł
Bardzo ciekawa dyskusja. Świadczy to chyba jednak na korzyść dzieła, że tyle umysłów porusza, a nienawiści nie szerzy. Pytanie gdzie jest granica? Czemu małpa na krzyżu obraża Panią Kasię, a Chrystus - gimnastyk już nie? Każdy kreśli linię subiektywnie. Swoją drogą dlaczego krzyż ma być zarezerwowany dla Chrystusa? Symbole religijne są wykorzystywane, gdyż są istotnym elementem naszej kultury. Wykorzystywane są również loga znanych firm, twarze znanych osób, itp. A czym się różni obsikanie krzyża przez studenta od fotografii o tej samej treści wykonanej przez artystę? Efekt taki sam. Myślę, że nie powinniśmy tak bardzo się bać obrażania rzeczy martwej. Jeśli coś jest silne, to obraza tego symbolu nie powinna być czymś strasznym. Jak z człowiekiem - pewny siebie nie zraża się krytyką.
2010-01-25 - Kasia
Ale ma prawo do godności, panie Pawle. Jeżeli ktoś obraża symbole religijne, uderza w godność wyznawców tych religii.
2010-01-26 - 8945
Wiecie, co obraża katolika? WSZYSTKO.
2010-01-29 - Paweł
Zatem, wg Pani Kasi, sztuka nie powinna dotykać żadnej z religii. A więc np. krowy, święte w Indiach, powinny być poza kanonem sztuki, gdyż ich przedstawianie mogłoby być odebrane jako nie szanowanie godności Hinduistów. Nie mówiąc już o mniejszych wyznaniach, sektach i ich symbolach, lub tym co wyznają. Obraza symbolu ma być odebraniem godności? To problem człowieka, który czuje się dotknięty. A jeśli artysta robi coś głupiego, to świadczy o artyście. Coś jak ""prawdziwa cnota się krytyki nie boi". Jeśli ktoś wierzy mocno, to co mu przeszkadza, że ktoś coś robi z krzyżem? Chyba, że wyznaje kult samego krzyża... Nie mówimy tu, o transmitowaniu tego na cały świat z przesłaniem "katolicy są głupi jak małpy"... ;wyraz artystyczny, dostępny w miejscu, gdzie ktoś chce, to wejdzie...
2010-02-04 - Kasia
Pana pytanie jest bez sensu. To tak, jakby zapytać: jeśli ktoś naprawdę kocha swoją matkę, to co mu przeszkadza, że jest opluwana i wyszydzana? Otóż wszystko, co jest dla nas ważne, stanowi pewnego rodzaju sacrum, które nie może być zbeszczeszczone przez inne osoby. Dla chrześcijanina krzyż jest symbolem męki Chrystusa, symbolem odkupienia, ofiarowania, więc nikt nie ma prawa w ten symbol godzić. Tak jak nikt nie ma prawa godzić w uczucia osób o innym kolorze skóry, czy innym światopoglądzie. Nie ważne, czy w imię sztuki, czy w jakimkolwiek innym celu. Takich rzeczy robić po prostu nie wolno, bo łamią świętą zasadę, która głosi, że wolność jednych ogranicza się wolnością drugich.
2010-02-04 - ala
hello, Pani Kasiu, a dla mnie swiete jest prawo gejow do milosci izawierania zwiazkow. dla mnie sacrum jest prawo ludzi do milosci homoseksualnej. I jesli komus nie podoba sie, ze dwie dziewczyny lub dwoch gejow caluje sie przy innych, to znaczy ze godzi w moje uczucia jako czlowieka o innym swiatopogladzie. Czy Pani sie zgodzi z tymze podejsciem?
2010-02-06 - Kasia
Nie podobać może się komu co chce, na tym w końcu polega wolność. Termin "homoseksualizm" to oczywiście także termin światopoglądowy. Wg. mojego, z gruntu fałszywy. Bo dlaczego miłość dwóch kobiet uznajemy za orientację seksualną, a pozostałe odchyły za zboczenia? Najświętsze prawo to chyba prawo do decydowania o sobie i nic nikomu do tego, jak żyjemy. Z tym, że całowanie się na oczach innych to godzenie w ich wolność (bo może najpierw należałoby wszystkich zapytać, czy mają ochotę na to patrzeć), więc... miłego dnia.
Mam juz okladke mojej nowej ksiazki. Moze jeszcze beda jakies poprawki liternictwa, zeby mi Jezus Chrystus Davida Černego nie zjadl tytulu ani nazwiska. Jestem...