Czeski dziennik Mlada Fronta Dnes drukuje przez 20 tygodni - 20 "esejów" o osobistej wolności. Zakończą w listopadzie - w rocznicę obalenia komunizmu w Czechosłowacji. Poprosili mnie o takie zwierzenie i o zdjęcie sprzed 20 lat. Zdjęcia dokładnie z 1989 r. nie miałem niestety.
Milion w minutę czyli cztery uwagi
o wolności
Dwadzieścia
lat temu miałem – 23 lata. Przez ten czas wiele razy użyłem i nadużyłem słowa
„wolność”. Jednak są cztery momenty, kiedy to słowo mocno zabrzmiało mi w
uszach, pamiętam je do dziś.
1.
„Zdradzę,
jak zarobić milion w minutę! Stargard Szczeciński, skr. poczt…”
Był
rok 1993, kiedy zobaczyłem to ogłoszenie w gazecie. Napisałem, że bardzo mi
zależy na tej niezwykłej radzie. Odpowiedź przyszła po czterech dniach,
zapakowana w szarą kopertę. Zanim jednak dostałem ją do ręki na poczcie, musiałem
za nią zapłacić. Suma miała być wysłana do nadawcy. Była to równowartość paczki
Marlboro, więc zapłaciłem bez bólu. Kopertę rozerwałem zaraz przy okienku i
zacząłem czytać z drżeniem rąk:
„Żeby
zarobić milion w minutę, musisz mieć odpowiednią sumę pieniędzy, którą złożysz
w banku na taki procent, aby co minutę procentowała Ci o milion. Jaka to ma być
suma? To już musisz obliczyć sobie sam. Pozdrawiam, Lucyna ze Stargardu”.
„No
nie… – powiedziałem spontanicznie do urzędniczki i przeczytałem na głos radę. „Jeśli
ta kobieta wysyła sto takich rad dziennie…”.
„Ach,
proszę pana - przerwała mi pani w okienku – moja córka wczoraj zapłaciła za radę,
jak urosnąć”.
„A
jak?” – zainteresowałem się.
„Powinnaś chodzić po górach, bo wtedy
wyciągają się kości, a jak w twoim mieście nie ma gór, to musisz dużo chodzić
po schodach wieżowców. W górę i w dół. Życzymy wytrwałości”.
Na
to zza biurka wstał mężczyzna w średnim wieku, który był chyba naczelnikiem poczty
i zagrzmiał: „Bo to jest wolność!”.
Po
czym wyprostował się i z podniesioną głową zaczął maszerować na zaplecze.
„To
jest właśnie ta wolność!” – powtórzył takim tonem, jakby ogłaszał, że właśnie
ona jest praprzyczyną wszystkich nieszczęść świata.
2.
W latach 90. prowadziłem pierwszy polski talk-show. W prywatnej
komercyjnej telewizji Polsat. Nosił tytuł „Na każdy temat” i zapraszaliśmy do
niego ludzi, których w komunizmie nigdy nie pokazywała telewizja: mężczyznę po
zmianie płci, kobiety po amputacji piersi, ludzi wierzących w UFO itp. W
idealnie homogenicznym socjalistycznym społeczeństwie „Inny” nie istniał.
Producent wybrał tę stację, ponieważ – w przeciwieństwie – do publicznej telewizji w Polsacie nikt nie ingerował w treść programów. Nagrywaliśmy, co nam
się podobało.
Wymyśliłem jesienią
1995 r., żeby w jednym z programów
pokazać coś, co było normą na Zachodzie: lekcję nakładania prezerwatywy na
banana. Nagraliśmy więc taki program z seksuologiem-nauczycielem, ale pech
chciał, że podczas montażu przechodził korytarzem poseł z rządzącej wtedy
partii chrześcijańsko-narodowej. Prywatny właściciel stacji Polsat zatrudnił go
do programów religijnych. (Nota bene zwolnił go, kiedy rząd w Polsce zmienił
się na socjaldemokratyczny).
Pan Czarnecki (tak
nazywał się ten funkcjonariusz) zajrzał do naszej montażowni, zrobił się
czerwony, a potem zbladł i zamknął drzwi.
Mój producent usłyszał
następnego dnia od dyrektora stacji: „Oczywiście macie zupełną wolność w
robieniu tego programu, ale wyemitujemy to dopiero po wyborach. Wytrzymajcie
jeszcze trzy tygodnie, a potem puścimy tego banana”.
Rzeczywiście, za trzy
tygodnie miały się odbyć wybory prezydenckie. Obaw właściciela stacji nie rozumiem do dziś.
Nie wiem, dlaczego w trakcie kampanii wyborczej nie można było w prywatnej
telewizji pokazać prezerwatywy. „Oczywiście macie zupełną wolność…”.
(A wybory wygrał
socjaldemokrata Kwaśniewski).
3.
W ostatnich latach, gdy
myślę o mojej osobistej wolności, zaraz wyświetla mi się w głowie słowo
„Czechy”.
Kiedy przyjechałem po
raz pierwszy do Pragi w marcu 2000 roku, poczułem, że to miasto pozwala mi
oddychać. Podczas gdy Warszawa mnie
chwyta za gardło. Praga pozwala mi odlecieć, Warszawa przywołuje do normy.
Przyjeżdżam tu kiedy
chcę, mieszkam ile chcę i gdzie chcę, nikt nie sprawdza mi paszportu, nie muszę
zgłaszać swojego pobytu w żadnym urzędzie, nie chodzi za mną żaden tajny
policjant – to jest wolność i uświadomiłem to sobie całkiem niedawno.
Moim największym
odkryciem podczas tych 20 lat wolności jest to, że nie czuję się do końca w Polsce dobrze. Obawiam się, że gdyby nie przyjazd do Czech, moja podświadomość nigdy
nie dopuściłaby tej myśli do świadomości.
Dla Polaka poczucie, że
nie jest stuprocentowym Polakiem to świętokradztwo. Grzech śmiertelny. Rodzaj
wstydliwej choroby. Nikt normalny u nas nigdy by tego publicznie nie
powiedział. W moim kraju („Nie rzucim ziemi skąd nasz ród…” – tak zaczyna się
pieśń, którą musi znać każde dziecko) jest to tak straszna myśl, że jej
ujawienie można porównać tylko z przyznaniem się do morderstwa, do pedofilii
lub do ateizmu.
„Błagam Cię, mówi moja
73-letnia mama, nigdy nie przyznawaj się publicznie, że jesteś ateistą. To by
była dla mnie katastrofa. To by znaczyło, że całe moje życie jest na nic. Że
cię nie wychowałam jak trzeba. Nie wyszłabym już nigdy na ulicę, gdybyś
powiedział publicznie, że Boga nie ma”.
Dzięki tej wolności,
którą poczułem w Czechach, doszedłem do wniosku, że patriotyzmy są skazane na
zaniknięcie. Myślę, że już się rozpoczyna proces korzystania z państw jak z towarów.
Wybieram sobie to państwo, które daje mi najlepszą ofertę mentalną i
egzystencjalną.
Kim więc jestem? Czechofilem?
Czy jakimś krypto-Czechem? (Niestety, z powodów rodzinnych mieszkać w Czechach
jeszcze przez jakiś czas nie chcę, ale wiem, że mam taką możliwość. I ta
świadomość jest bardzo przyjemna).
Oczywiście, gdy
człowiek wyjeżdża za granicę, ma tendencję do traktowania obcego kraju jako
teatru: to co tam się dzieje, nie jest dostatecznie moje, nie dotyka mnie
osobiście. Może dlatego jest mi w Czechach lżej?
Jeszcze jedna uwaga:
można żyć w wolnym kraju, bez paszportu przekraczać granice, ale prawdziwa
wolność jest wtedy jak ci ją da własna mama.
4.
Mam
jednak z Waszym krajem pewien kłopot.
Od
kiedy jako reporter zajmuję się Republika Czeską, gdy tylko napiszę czy to duży
reportaż czy maleńki felieton z Czech lub Moraw, zawsze po jego wydrukowaniu
dostaję przynajmniej jeden niemiły mail.
W
kawiarni, w której Vaclav Havel poznał Olgę – gość dał banknot 2 tys. Kc,
kelner wydał mu z 1 tysiąca. „Pan żartuje, umiem odróżniać banknoty” – odparł,
kiedy gość stwierdził, że to za mało.
W
restauracji, która kiedyś była ulubioną restauracją tłumaczy literatury –
podają Mattonkę za 35 Kc, w rachunku wpisują Perlier za 135 Kc. Kiedy gość się
zorientuje, każdy kelner zawsze tłumaczy się tak samo: ”Pracuję dopiero
pierwszy dzień”.
W
pizzerii, która szczyci się tym, że jest najbliżej mostu Karola – jeśli
obsługują grupę większą niż 4 osoby, dopisują do rachunku po dwie trzy wody
mineralne dodatkowo lub dwa, trzy piwa. Na negatywną reakcję gości menager mówi
wprost, że najlepiej, aby sobie już poszli do domu.
W
gospodzie, gdzie sławne piwo wyrabia się od 1499 roku – ponieważ goście nie
znają czeskiego, nie są w stanie zorientować się, że kelnerzy przemawiają do
nich pieszczotliwym tonem: „Proszę piwko, ty głupolu, kretyniątko ty jedne...”.
Przy wejściu podają kieliszek Becherovki i zachwyceni takim bonusem na
początek, wypijamy, by dopiero na rachunku zobaczyć, że ma on swoją cenę.
Kelner potem chętnie wyjaśni nam: „Mam dwoje dzieci do wyżywienia a pan by
chciał, żeby ta Becherovka była za darmo!”.
W
kawiarni, która mieści się w pałacu, zbudowanym przez dziadka pana prezydenta,
naprzeciwko św. Vaclava od Davida Cernego – do dwóch wypitych win doliczają
trzecie. Na protest gościa, barman odpowiada po czesku: Polibte nam prdel.
(Gość nie zna czeskiego, ale zapisał sobie to zdanie, żeby mnie spytać, co to
znaczy).
Od
kiedy zajmuję się Czechami i sławię Pragę, takich informacji mam setki. Sam
byłem okradziony w knajpach w centrum siedem razy. (Nigdy zaś nie zdarzyło mi się być oszukanym na "niesławnym" Żiżkovie; jak tylko mogę właśnie tam chodzę na obiady, najczęściej do Greka (Kostnické náměstí 3; U modrého moře - przypisek dla czytelników polskich). Wiem, że w centrum tak samo oszukuje
się tam Polaków jak i inne nacje. Młodym kelnerom i barmanom, a także
właścicielom tych lokali wydaje się, że ci turyści nigdy już do nich nie wrócą
ze swojej zagranicy, więc można ich oszukać.
Albo nie wydaje im się
nic.
Ci
młodzi prascy kelnerzy nie mogą pamiętać komunizmu. Kto ich więc zdeprawował?
Powiedziałem
kiedyś jednej młodej kelnerce, że w centrum Pragi mogą do rachunku w knajpie dopisać
nawet datę urodzenia.
„To znaczy ja widzę to
tak, że jest wolność” – odparła.
„I jak pani tę wolność rozumie?”
– spytałem oszołomiony.
„No jak nas oszukają w
jednej knajpie, mamy wolny wybór, możemy sobie pójść do innej”.
Data publikacji: 2009-09-16
Komentarze
2009-09-16 - Hm
Po dlugim czasie tekst, ktory wywolal we mne przyjemna gesia skorke. Poczucie, hm, jednosci z autorem. Uswiadomilem sobie ze wlasnie ta czeska wolnosc jest w moim zyciu bardzo wazna. W Pradze mieszkam od 2000 roku, mam 75-letnia mame. I tych dziewiec lat jestem non-stop pijany od wolnosci (mama, ktora w odwiedzinach chrapie pietro nizej, uwolnila mnie pare lat wczesniej :-)
Wielkie dzieki za punkt cztery. Doskonala szpilka w tylek czeskiego czytelnika (choc nie przepadam za Dnes, to doceniam sile razenia). Przede wszystkim dzieki za pozytywne rozczarowanie. Do tej pory myslalem, ze Szczyglowa czechofilia przycmiewa zdrowy rozum i innego stylu niz "zachlysniecie Czechami" polski czytelnik nie pozna. Wreszcie na spizowym pomniku pojawia sie pekniecie. Ach, jak ci Czesi sa pelnokrwisci!!!
2009-09-17 - Mariusz Szczygieł
Bardzo bardzo dziękuję za podpowiedź (nieświadomą). Chcę o tym złodziejstwie napisać w GW w moim czechofilu.pl i brakowało mi pewnego słowa. W tym komentarzu znalazłem i wykorzystam, ok? Ten tekst ma się ukazać prawdopodobnie w najbliższą sobotę.
2009-09-20 - Monika
"Jeszcze jedna uwaga: można żyć w wolnym kraju, bez paszportu przekraczać granice, ale prawdziwa wolność jest wtedy jak ci ją da własna mama."
Bardzo, bardzo trafne spostrzeżenie! :)
2009-09-22 - Agnieszka
Po przeczytaniu artykułu nasunęło mi się spostrzeżenie. Mianowicie, kiedyś Dwight D. Eisenhower powiedział znamienne słowa: "Historia wolnego człowieka nigdy nie jest pisana przez przypadek, ale przez wybór - jego wybór". Choć to może trudne do osiągnięcia, bo kto powiedział, że w życiu jest lekko :-), zgadzam się z tym twierdzeniem i staram się przedkładać te słowa na czyny.
2009-10-08 - gomarta
Dlaczego nikt nic nie pisze o tych zdjęciach? Wersje grzywek super ;-) Kiedy zacząłeś nosić okulary? Pozdrawiam, M.
2009-10-08 - Weronika
Byliśmy w Pradze kilka dni i w tym czasie padliśmy ofiarą bezwzględnych kelnerów dwa i pół raza. Pierwszego dnia siedliśmy przy stoliku, na którym był koszyczek chipsów, oczywiście nie dało się ich nie podjadać - naturalnie miały swoją cenę, napiwek też od razu wliczono do rachunku. Jeśli trzymać się chronologii, to kolejne było właśnie "oszukani na 1/2". Ułamek jest potrzebny, bo doświadczeni przez los sprawdziliśmy rachunek, na którym przypadkiem policzono 3 zamiast 2 filiżanek kawy. Myślę, że interwencja udała się, bo kelner był Niemcem i rzeczywiście wyglądał, jakby krótko pracował w knajpie. Ostatnia niespodzianka czekała nas, kiedy zasiedliśmy w restauracji z muzyką na żywo. Na rachunku doliczono nam po 30 koron od głowy za cały ten jazz.
2009-10-10 - Agnieszka Bujak
Jakie zdjęcia.... :))))) no śliczne po prostu. :]]]]]]20 lat minęło. Jak jeden dzień mówią niektórzy ... :)))) I tych niezdobytych pieniędzy żal... :))) Pozdrawiam z Łodzi :) Też mam takie zdjęcia :]]]
2009-10-12 - Malina
Swietny tekst i mile poczucie zrozumienia autora... :) Zawsze z wielka radoscia czytam Pana artykuly - jakbym rozmawiala z dobrym znajomym :) Moja pierwsza wyprawa do Pragi w 2006 tez nagle i nieoczekiwanie uderzyla mnie po glowie - ze jak, przeciez to mial byc tylko weekend w kraju ludzi mowiacych smiesznym jezykiem i jedzacych smierdzace sery, a nagle czuje sie jakbym tu byla od zawsze? Nagle sie nie musze przywolywac do porzadku, zastanawiac czy nie przeszkadzam swoim ja i nie musze wymyslac wymowek? Kelnerzy sobie moga oszukiwac ile chca, tak samo taksowkarze - zaden kraj nie jest wolny od wad, ale poczucie wolnosci wlasnie, ktore mam w kazdym momencie pobytu w Czechach - bezcenne :) Pozdrawiam serdecznie!
2009-10-15 - morava
witam przeczytałem (na ile mozna powiedzieć, ze przeczytałem - bliskość języka plus słownik) Pana artykuł w weekendowym (10 - 11 Października) wydaniu Dnes. Z racji meczu - "polski numer" oprócz Pana artykułu duży artykuł o polskich kibolach. Mam parę spostrzeżeń. Po pierwsze o ateistach. Mam paru znajomych ateistów (sam nie jestem) i jednak wydaje mi się, że choc moze się to wydawac dziwne jest cos co może polskiego ateistę najbardziej uwiera to katolik w nim samym. To co dla Czecha jest dziwactwem, zabobonem czy sekciarstwem jest "normą" dla polskiego ateisty, który z nielicznymi wyjatkami w religijnych praktykach kiedyś tam uczestniczył. I chyba nie tylko opresja otoczenia (zmiany pod tym względem postępują już nawet na głębokiej prowincji) ale też ta część własnego ja jest bolesna
2009-10-15 - morava
dla Polaka ateisty - ale możę się mylę. Jeśli nie pasują wam prascy kelnerzy jedżcie na Morawę (byłem, piłem, jadłem - Znojmo, Ołomuniec) i zawsze spotykałem się z miła obsługą, zero oszustw itp. Chyba nawet trochę boje sie zwiedzić Pragę. Czy myslał Pan kiedyś o napisaniu o Polakach o czeskim pochodzeniu (sam jestem 1/8) ale oczywiście myslę o "wielkich": K. Jandzie, G. Holoubku, J. Matejce i wielu innych (K. Szajnocha). pozdrawiam
2009-10-15 - koko
wolnosć światopogladowa ma tez ciemne strony. Czechy są zapleczem porno modelek dla producentów tego typu filmów. Widocznie wiele młodych dziewczyn nie widzi w tym problemu. Czy to dobrze?
2009-10-18 - Mariusz Szczygieł
Byłbym obłudnikiem, gdybym powiedział, że to źle. Przecież też oglądam pornografię.
2009-10-19 - koko
eeee.... :-)
2009-10-23 - Matejko
To chyba pornoskopia xD
2009-10-24 - ikroopka
Czasem bywam w Sudetach, po tamtej stronie i jedyne co mogę powiedzieć, to: świetnie zachowane zabytki, urokliwe i zadbane miasteczka, dobre drogi, dobre jedzenie, sympatyczna obsługa, ale - szlaki na polskich mapach turystycznych nijak się mają do czeskiej rzeczywistości! nie zgubić się można tylko z GPS-em;(
Ale - od lektury 'Gottlandu' moja czechofilia jest już absolutnie świadoma, bo ta Szwejkowska kojarzyła mi się jednak z literaturą;) żeby było śmiesznie, dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że ma ona podstawy genetyczne, bo babcia, po mieczu, nosiła nazwisko czeskie, zatem trochę czeskości mam we krwi!
... grzywki komentować nie zamierzam, wolę Pana w wydaniu dojrzałym;) Pozdrawiam;)
Długopis spadł mi ze stolika w kawiarni Nowy Świat. Schyliłem się i zobaczyłem, że na podłodze leżą dwie rzeczy: oprócz długopisu w szczelinie między nogą stołu...