Lubię takie listy, dzięki którym mogę się zastanowić,
czy to co robię, ma sens. A najbardziej lubię jak ktoś poddaje w wątpliwość to,
co robię, bo dzięki temu mogę sobie zdefiniować na nowo wszystko.
Napisała pani Julia:
Chciałabym podzielić się z Panem pewnymi wątpliwościami
dotyczącymi reportażu, które nie mogą dać mi spokoju.
Chodzi o wątpliwości natury moralnej w odniesieniu do
pracy reportera. Choć staram się oczytywać, osłuchiwać z tym, co mówią
uprawiający ten zawód ludzie, to jednak nieprzerwanie coś mnie dręczy... Skoro
bohater oddaje swoje życie, swoją tragedię, historię autorowi reportażu, czy to
w porządku, że ten przetwarza ją, układa w zdania, redaguje, w końcu na niej
zarabia?
Wciąż wydaje mi się to dwuznaczne. Z jednej strony
bohater niby wie, na co się decyduje, zgadzając się na tekst, ale... czy aby na
pewno wie? I nawet jeśli jego historia może być ostrzeżeniem (nauką, wstrząsem
etc.) dla bardzo wielu czytelników, czy mimo wszystko nie dzieje się to kosztem
tego jednego człowieka, który powierzył obcemu przecież człowiekowi ważny
fragment życia?
Przychodzi
reporter. Poświęca obcemu człowiekowi swój czas, uwagę. Pyta, słucha, chyba się
przejmuje, no bo jak inaczej... Może nawet nie śpi w nocy. A potem wraca do
Warszawy, odbiera pieniądze za tekst i zapomina. Wiem, że nie mógłby inaczej,
nie mógłby kolekcjonować w swojej głowie tragedii wszystkich swoich bohaterów,
bo by zwariował. A jednak reporter wraca do swojego życia, a bohater zostaje
tam, gdzie był, z tymi samymi problemami.
Wszystko
to jakieś śliskie.
Julia
Jonek
Pani
Julio,
bohater musi wiedzieć, co reporter mu robi. Reporter musi mu to uświadomić. Nie
można wyssać z rozmówcy wszystkiego, trzymać go w niewiedzy co do skutków, a
potem pozostawić na pastwę czytelników.
Bohater
musi wiedzieć, co go czeka i na co się naraża. Za tę jego wiedzę odpowiada
reporter i nie ma prawa go narażać. Musi zrobić wszystko, żeby np. bohatera
zakamuflować. Chyba, że zagrożenia nie ma, jest przecież mnóstwo szczerych
tekstów z prawdziwymi nazwiskami, które nie mają złych skutków. Cały mój „Gottland”
ma prawdziwych bohaterów (i tych głównych, i rozmówców, którzy o bohaterach
głównych opowiadają).
Najczęściej potrzeba wypowiedzenia się, odreagowania, oczyszczenia, jest w
bohaterze tak silna, że zgadza się on na to, że reporter o nim otwarcie
napisze.
Ale opowiadanie może czasem boleć. A
jak powiedział jeden z dokumentalistów filmowych - musi czasem boleć.
Gdybyśmy mieli takie dylematy, które ma Pani ("Skoro bohater oddaje swoje
życie, swoją tragedię, historię autorowi reportażu, czy to w porządku, że ten
przetwarza ją, układa w zdania, redaguje, w końcu na niej
zarabia?"), to chyba nie powstałaby nigdy żadna literatura. (Nie
mówię, że reportaż jest literaturą
w ogóle, czasem, rzadko, bywa nią). Jeśli pisarz czerpie z życia, to kto
jest właścicielem tej historii: pisarz czy życie?
Singer:
żywił się życiem; z tego, co wiem mało wymyślał. Gdybyśmy szli tropem
Pani obaw, to czy mamy prawo czytać dziś jego opowiadania?
Czy po 80, 90 latach Jakiel Ciasto, Karola Lipińska-Kohen, Moryc Szapiro... -
realni ludzie, o prawdziwych nazwiskach - nie są za każdym razem, kiedy czytelnik
otworzy książkę, pozbawiani godności i prawa do tajemnicy? A jednak czytamy
Singera.
Ma Pani obiekcje?
Może powinniśmy je mieć. Dlaczego ich więc nie mamy?
Bo obdarzyliśmy pisarza zaufaniem. Wierzymy, że tak zakamuflował te postaci,
tak pozmieniał szczegóły, że możemy wchodzić każdego wieczoru z naszymi okularami
i herbatą w ich życie.
A może nie wierzymy, że to wszystko prawda...
Kiedy pracowałem
w tv, czasem ludzie na ulicy nie przyjmowali do wiadomości, że jestem realną
osobą, traktowali mnie jakbym był w telewizorze i ich nie widział, nie słyszał.
Może zachodzi ten sam mechanizm, kiedy otwieramy książkę? Wszystko staje się
kreacją, a nie prawdą, którą ktoś wyrwał sobie z serca.
A może - czytając Singera - mamy podświadomą nadzieję, że opisał
ekshibicjonistów, jakieś sławne na Placu Grzybowskim osoby, które na prawo i lewo
opowiadały o swoim życiu, czyniąc je własnością publiczną Warszawy, więc pisarz
nie zrobił im wielkiej krzywdy, a może nawet przez opisanie uwznioślił,
uchronił od zapomnienia?
Czasem reporter ma bohatera nieżyjącego (ja często). I on już nic nie może.
Biorę sobie jego życie i przetwarzam po swojemu (Hanna Krall stawia to jako
warunek żyjącemu bohaterowi; reporetrka pokaże go tak jak go widzi, a on nie ma prawa
ingerować w tę wizję, w przeciwnym razie H.K. nie pisze o nim; i ludzie nie
chcę się wycofywać z reportaży Hanny Krall, mimo niepewnego dla nich efektu), a
więc biorę sobie jego życie i przetwarzam po swojemu, a on nie napisze
sprostowania, bo jest martwy.
(Odrębny temat: które spojrzenie bohatera jest bardziej uprawnione do publikacji: to jak on sam widzi siebie czy to jak go widzi reporter? Najczęściej mieszamy obie. Jednak rozmówcy często życzą sobie a przynajmniej wyobrażają, że reporter musi pisać o nich tak jak oni siebie widzą. Ale to na marginesie tego wywodu).
Wracam do bohatera, który nie żyje.
Raz, kiedy pisałem o nieżyjącym bohaterze („Łowca tragedii”) miałem wątpliwości,
czy mam prawo upublicznić wszystko, co wiem, ba: wszystko złe, co o nim wiem. I
spytałem o zgodę córki bohatera. Dałem im cały reportaż do przeczytania przed
drukiem.
Drugi raz, kiedy pisałem o chłopcu, który popełnił samobójstwo („Film się musi
kręcić”), miałem wątpliwość, czy mogę opowiadać o jego życiu bez jego zgody. A
ponieważ utożsamiłem się z nim i miałem wrażenie, że piszę o sobie (tak podobne
było nasze dziecinstwo), było to silniejsze ode mnie: musiałem napisać.
Starałem się jednak napisać tekst tak, żeby go ZROZUMIEĆ. Żeby nie miał
pretensji... Ale prawdopodobnie się usprawiedliwiam.
To podstawowe moje odkrycie w tym zawodzie: Bohater ZROZUMIANY, nie ma pretensji.
(Mówię teraz o bohaterze żyjącym).
Może inni reporterzy przeżywają proces zbierania materiału, ja niewiele
przeżywam (w sensie w jakim Pani pisze o przejmowaniu się). Mam emocje związane raczej z tym,
czy wyjdzie mi dobry tekst.
Przeżywam, czy czytelnik będzie przeżywał.
Nie chcę nikogo oszukiwać, że jest inaczej.
Wydaje mi się, że potrafię być jak chirurg, jak lekarz, którzy nie przyjmuje dramatu do siebie, bo nie zrobiłby operacji.
Ja przeważnie wiem, kiedy czytelnik przy czytaniu zaśmieje się, ale ja się nie śmieję. Wiem, kiedy czytelnika przejdzie dreszcz (nie mam w swoich tekstach tych momentów znów tak dużo), ale on mnie nie przechodzi.
Mnie poruszają filmy w kinie, ale nie historie, które ja piszę.
Płaczę
tylko przy cudzych książkach.
Kiedy
bohater mi się zwierza z makabrycznej rzeczy, to moja pierwsza myśl jest taka:
czy to wystarczający obraz? Czy przekonam nim czytelników. Czy da się z tego coś ułożyć i jakie jeszcze
szczegóły są potrzebne.
Oczywiście mówię o procesie zbierania materiału, nie o sytuacji, kiedy zwierza
mi się ktoś bliski. Bardzo oddzielam pracę od życia osobistego. Tego "czułego chłodu" w życiu prywatnym nie mam. Nawet muszę powiedzieć, że jestem facetem bardzo skłonnym do wzruszeń i łez w oczach. Czuły chłód - to chyba najlepsze określenie. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś pracował inaczej, bo nie
powstałby reportaż.
Mam kolegów, którzy mówią, że niosą ze sobą cierpienie bohaterów. Nie znam
tego uczucia.
"Reporter wraca do domu, a bohater zostaje tam, gdzie był, z tymi samymi
problemami..." Nie napisałem zbyt wielu mocnych tekstów, nie piszę
reportaży psychologicznych, wolę typ historyczno-obyczajowo-społecznego eseju
na czyjś temat, ale wiem jedno: po DOBRYM tekście, Pani Julio, bohater nie może
zostać tam, gdzie był. Jak tekst jest przeciętny, to tak, może zostać. Ale
trzeba pisać tak, żeby biedny myślał, że pieniądze, a głodny, że jedzenie.
Najważniejsza zasada przy pisaniu reportażu: NIE KRZYWDZIĆ. Ex equo z zasadą:
NIE NUDZIĆ.
Czasem ta druga narusza tę pierwszą, a pierwsza drugą.
Reporter czasem narusza tabu, narusza prywatność, narusza dobry smak, ale
uważam, że powinien mieć na to solidne uzasadnienie. A najlepiej wyższy interes
społeczny powinien nad tym się unosić.
Jeśli się unosi tylko interes "literacki", estetyczny, to lepiej zrezygnować z odsłaniania bohatera.
Tyle
mojej odpowiedzi.
Może
ktoś coś tutaj doda do tej naszej korespondencji, dlatego ją publikuję (za p. Julii zgodą).
Szcz.
Data publikacji: 2009-08-22
Komentarze
2009-08-22 - Agnieszka
Może właśnie w tym tkwi sedno. Odnaleźć granicę między tym, co subiektywne a tym, co obiektywne. Odnaleźć granicę bez krzywdy którejkolwiek ze stron. Przynajmniej ja tak próbuję iść przez życie. Z różnym skutkiem. Całkiem niedawno zainteresowałam się tematem reportażu. Jako czytelnik patrzę na tę sprawę przez pryzmat osoby trzeciej. Bo chyba dla mnie równie ważne jest spojrzenie na sprawę ze strony reportera, jak i bohatera. Staram się znaleźć wspólny mianownik. Przede mną jeszcze długa droga, ale wierzę, że coś w tym jest albo coś w tym musi być.
2009-08-22 - Mariusz Szczygieł
A prpos "subiektywne" i "obiektywne". Moim zdaniem obiektywne nie istnieje; istnieje tylko subiektywizm bohatera i subiektywizm rozmówcy.
2009-08-22 - Agnieszka
Moim zdaniem obiektywizm stanowi punkt wyjścia dla rozważań subiektywnych. Innymi słowy subiektywizm nie miałby racji bytu bez obiektywnej oceny sytuacji.
2009-08-23 - ik
Usłyszałam kiedyś, że reporter życie bohatera pożycza i oddaje mu je pod postacią tekstu. Jak w banku. Zawiera się swego rodzaju umowę a odsetkami jest odzew czytelników (różny) czy organizacji, które mogą bohaterowi pomóc. R. Kapuściński mówił, że reporter powinien być przede wszystkim dobrym człowiekiem. A dobry człowiek przecież nie krzywdzi (chyba, że nieświadomie, co też się może zdarzyć, bo każdy inaczej reaguje na słowo czy zdarzenie). I ta niechciana krzywda to ten drobny druczek w umowie, który powinno się przed podpisaniem przeczytać a tak wiele osób go pomija.
2009-08-24 - olabu
Oczywiscie, ze w swiecie nie istnieje nic takiego jak obiektywizm, bo coz to niby mialoby byc? Cos, co jest wypadkowa kilku subiektywizmow? Czy cos, co istnieje niezaleznie od tych subiektywizmow, czyli do czego nie mamy dostepu? Mialby istniec sobie ten obietkywizm sam dla siebie? Nonsens jakis. I ciesze sie, ze reporter cos takiego mowi, bo zazwyczaj dziennikarze/reporterzy upieraja sie przy tym, ze napisali "obiektywnie" - a swiadczy to tylko o glupocie, proznosci i braku pokory. Poza tym bohater godzac sie na tekst o sobie ma ku temu jakies powody. To bilans zyskow i strat. Straty sa zawsze, ale bohater reportazu nie jest "Bohaterem", ktory "oddaje" swoje zycie, tylko bohaterem tekstu. I wydaje mi sie, ze nie ma, Pani Julio, potrzeby dorabiac do tego ideologii meczenniczej. Pozdrawiam
2009-08-26 - AgaM.
Czytając R. Kapuścińskiego, często się zastanawiam, jak można dalej żyć po obcowaniu z takimi tragediami, po ich opisaniu. Ja po przeczytaniu tych reportaży długo nie mogę "dojść do siebie". Myślę o konkretnych bohaterach opisywanych wydarzeń, co oni czuli - strach, rozpacz, bezsilność. Podziwiam "obiektywno- subiektywne" przedstawienie bohaterów, wydarzeń.rnrnMoże Pan Ryszard był profesjonalistą i potrafił oddzielić to co opisuje od siebie samego? Na pewno był profesjonalistą, ale był też (jestem tego pewna) wrażliwym człowiekiem, nie był obojętny na to co opisywał. Dla Niego najważniejszy był człowiek, nie ważne po której stronie barykady. Nie wydawał wyroków, nie osądzał. I przede wszystkim nie obdzierał swoich bohaterów z godnosci, prywatności, nie wykorzystuje ich historii ...
2009-08-26 - AgaM.
Dzięki reportażowi poznajemy świat, życie, zbliżamy się do innych ludzi. Poza wszelką konkurencją pozostają teksty Pana Kapuścińskiego, ale z wielką przyjemnością czytam też teksty Pana. „Gotland” przeczytałam z ciekawości, bo pochodzę ze Złotoryi . No i wpadłam. Przeczytałam wszystko do czego dotarłam. Tą stronę kilka razy. Szkoda, że nie jest dostępna w sprzedaży Pana książka „Niedziela …..”.
Pozdrawiam serdecznie
2009-08-26 - Mariusz Szczygieł
Bardzo mi miło. "Niedziela" wyjdzie na nowo w przyszłym roku, ale dopiero po mojej następnej "czeskiej" książce.
R.K. na 100% był pełen szacunku i respektu wobec bohaterów. Jest w "Imperium" taka scena, kiedy widzi górników w Workucie, w tym kobiety-górniczki, pracujących w jakichś ciemnościach, w błocie (tak to zapamiętałem) i postanawia, przez szacunek właśnie o nic ich nie pytać. Zrobiło to na mnie wrażenie. Choć niektórzy twierdzili, że właśnie wtedy, w tym momencie R.K. przestał być reporterem.
Wrażliwość na coś - moim zdaniem - nie oznacza, że to coś ma nas zabić.
Wracając do książek, to 17.11.09 wyjdzie w wydawnictwie Czarne antologia, której jestem redaktorem pt. "20". Dwadzieścia lat nowej Polski w reportażach. Napisałem też komentarze do tekstów kolegów.
2009-08-27 - darek
Znajomy reporter mawiał, że czuje się inny i dlatego zajął się reportażem. Konfrontacja z innymi ludźmi i ich sytuacjami pozwalała mu zobaczyć siebie przez pryzmat problemów innych osób. Widział w nich lustra. Mówił, że może prościej byłoby pójść do psychoterapeuty czy psychologa, tylko czy ciekawiej? A "Gottland" majstersztyk! Czekam na następną.
2009-08-27 - Mariusz Szczygieł
A ja i przez bohaterów, i przez psychoterapeutę na siebie spoglądam. Od czasu psychoterapii nawet zacząłem lepiej pisać.
2009-08-30 - Anuszka
a mowią, że psychoterapia zabija pisanie... :D
2009-08-30 - Mariusz Szczygiel
Czyje pisanie i kto tak mowi? Teksty reporterow po psychoterapii widze na pierwszy rzut oka. Sa o wiele glebsze; on rozmowce inaczej pyta nawet. Reporter, ktory zaczal rozumiec siebie, lepiej rozumie bohatera - takie jest moje zdanie. Dobra psychoterapia oczywiscie powinna trwac minimalnie trzy lata - z tego, co sie orientuje (przepraszam za brak polskich czcionek, ale jestem w Czechach). I nei raz w tygodniu, a dwa, trzy. Plon przychodzi po latach. Na pewno autorom, ktorym szefowie mowia, ze pisza powierzchowne teksty, psychoterapia dobrze zrobi na warsztat. Chyba, zer przestana pisac w ogole.
2009-08-30 - ik
Kojarzy mi się to z metodą Stanisławskiego u aktorów. Stanisławski nakazuje aktorowi, by przy budowaniu postaci czerpał z przeżyć wewnętrznych, ze wspomnień, czasem traumatycznych przeżyć i doświadczeń. I obserwował siebie...a potem siebie postaci dał.
2009-09-20 - ab
a nadzieje? Tak myślę, że reporter już wie. Nie wszystko, ale wie na tyle wiele, żeby wiedzieć, że jutro będzie tak samo, jak dziś. A pojutrze tym bardziej. Ze nic się nie zmieni - ze to kolejne wypuszczone na wolność słowo, takie samo jak tysiące przed nim i tysiące po nim. Choć pewnie i swoje marzenia ten reporter też ma - że oto coś wyjątkowego, co mu pozwoli zmienić się i jednego może czytelnika. Niby realniej patrzy może? Bohater tego nie wie. Żyje. I nagle reporter, chcąc czy nie, przez samo pojawienie się u bohatera (których on,odwrotnie niż bohater reporterów, widział wielu już) mówi mu "masz wyjątkową historię w sobie". I ten bohater wierzy (czasem może nie chcąc nawet). Wieczorem nasz bohater uruchamia w wyobraźni dalszy ciąg wydarzeń- "poreporterski", w których jest...
2009-10-19 - marek
Ciekaw jestem czy zawsze podchodził Pan do tematu w taki sposób czy na początku "przeżywał" Pan historie a z czasem przyszło bardziej zainteresowanie czytelnikiem niż bohaterem? Nie ma w tym żadnego oskarżenia, rozumiem tę postawę, pytam z ciekawości, czy nie jest tak, że po którymś z kolei reportaźu możliwości chłonięcia życiorysów innych osób po prostu się wyczerpały? Kiedyś oglądałem program TV z pańskim udziałem (w Polsacie) o człowieku, któremu bandyci wykłuli oczy. Zapytał pan o kolor oczu. Byłem oburzony, choć dzisiaj z perspektywy czasu rozumiem takie pytanie (na potrzeby prasy, w TV jednak trochę razi). Ogólnie więc - czy czas zmienił sposób postrzegania przez Pana tematów pod tym względem? Pozdrawiam.
2009-11-08 - Ewa
Tak "wszystko to jakies sliskie". Nie tylko u reporterow. Zastanawiam sie czy nie bardziej nawet u badaczy, etnologow, antropologow. Wszak kontakt z "bohaterem badan" trwa w takim przypadku znacznie dluzej. Realacja badacz - rozmowca zaciera sie. I jak tu obiektywnie spisac wszystko i uformowac"prace naukowa"? Zgadzam sie, ze obiektywizmu nie ma, mimo to ciagle wierze w nauki spoleczne i tym bardziej fascynuje sie reportazem. :) Pozdrawiam.