Dziś w czytelni na Koszykowej, przeglądając stare "Na przełaje" znalazłem mój tekst z 1989 r., o którym w ogóle zapomniałem, że istniał. Jest to jedyne moje opowiadanie, jakie napisałem w życiu (w pozostałych tekstach jestem reporterem lub felietonistą).
Opublikowałem je w pół roku po napisaniu - w numerze 51-52 pod pseudonimem. Myślę, że chciałem, żeby moje prawdziwe nazwisko kojarzyło się tylko z dziennikarstwem. Lektura tylko dla tych, którzy mają w wakacje czas i mnie lubią.
Matka B.
Jadłem już drugie danie, gdy do mojego stolika przysiadła
się staruszka. Była to dystyngowana dama, jakie jeszcze można spotkać czasem w
Łazienkach. Patrzysz na takie rajcujące pod pomnikiem Chopina i wiesz od razu,
że jedna mówi na pewno do drugiej: - Ach, kochanieńka, czy przypominasz sobie
tego przystojnego porucznika, który starał się o moją rękę zaraz po miejskim
balu w dwudziestym dziewiątym? Ta druga oczywiście tego nie pamięta, a jeśli
cokolwiek sobie przypomina to i tak nie przytaknie przez zawiść, że tamtej się
lepiej wiodło u kawalerów.
Dama siedząca obok mnie, ubrana była w sukienkę w
kremowo-fioletowe kwiaty, a na opiętej po sam podbródek szyi wisiał wielki
srebrny zapach naftaliny. Nieprzyzwoicie zatkałem palcami nos, chroniąc się przed
kichnięciem. Kelnerka, przechodząc obok naszego stołu odwróciła głowę, żeby
nie wybuchnąć śmiechem. Pani popatrzyła na mnie z zażenowaniem.
- Przepraszam za
ten zapach, ale dzisiaj do południa musiałam aż cztery Antygony w szafie
przesypać naftaliną - powiedziała najzupełniej zwyczajnym tonem.
- Ko… kogo pani tą
naftaliną?- zapytałem.
- Antygony,
przecież mówię - odpowiedziała rzeczowo. - Posypuję Antygony, bo
najszlachetniejsze są w całej literaturze. Takich bohaterek już pan nigdzie nie
znajdzie. Muszę o nie dbać, aby je mole nie pozżerały - odpowiedziała już mniej
dystyngowanie.
- Aa... to smacznego...
- powiedziałem i odsunąłem talerz, by szybko zapłacić kelnerce i wyjść z
restauracji, uwalniając się tym samym od dziwnej współtowarzyszki obiadu.
*
Na ten lokal trafiłem przypadkowo, spacerując wczesnym
popołudniem Marszałkowską. Nazywa się jadłodajnia „Rarytas" czy
„Zdrowie'', jak wszystkie takie w naszym kraju. Przy identycznych stołach z
połamanymi kwiatkami o przyschniętych liściach, zasiadają codziennie roje
starych, równie zasuszonych ludzi. Panowie w przyciasnych kamizelkach, panie że
śladami dawnej urody i resztkami rodzinnej biżuterii. Takie stare motyle,
które suszą swoje przedwojenne kretony i wełny, skupione wokół dawno nie wymienianych
przez obsługę wazonów.
Tu chronią się przed dzielnicą MDM. Przez kilkadziesiąt
minut, kiedy wchodzą z pełną gracją do restauracji i jedzą za nędzną rentę
kupiony naleśnik, wydaje im się, że są w dawnym swoim świecie. Bo i kelnerka
odniesie talerz, i szatniarz poda płaszcz. - A jaki podobny do tego Felicjana,
co to u nas służył.
*
Za tydzień znów jadłem obiad w knajpie przy
Marszałkowskiej. Jeszcze nie zająłem miejsca, gdy do sali weszła „naftalinowa
dama", bo tak ją po pierwszym spotkaniu nazwałem. Prowadziła ze sobą
czterdziestokilkuletniego mężczyznę. Kiedy tylko mnie ujrzała, złapała za rękę
swojego towarzysza i pchnęła go w kierunku stołu. Nie bronił się. Szedł, a
raczej płynął w powietrzu, jak balonik, na który dmuchała właścicielka. Był
krągły i sprawiał wrażenie wielkiego otyłego, trochę jakby niedorozwiniętego
dziecka. Bardzo inny od szczupłej i wysokiej staruszki. Nie pachniała już
naftaliną, bo gdy zbliżali się, od razu mimowolnie wciągnąłem powietrze nosem,
nie czując niczego prócz dochodzącym z kuchni zapachem przypalonej słoniny.
- Dzień dobry panu
- powiedziała serdecznie.
Nie zdążyłem się odkłonić, a ów mężczyzna już dygnął
przede mną jak pensjonarka i zasiedli obok. W przedstawieniu nas sobie
przeszkodziła kelnerka, bo w tej chwili trzeba było zamawiać pierogi, barszcze,
śliwkowe kompoty.
- Pan pozwoli, młody człowieku, mój syn Bosek - wskazała
na swojego mężczyznę-chłopczyka. Wstał natychmiast, wyprostował się i znów
dygnął w pensjonarskim dygu, co zmusiło i mnie do wymruczenia nazwiska i
zawodu. Podałem mu rękę, zaraz ją cofając, bo poczułem, że ściskam dłoń flakowatą
i zimną... „Co za imię" - pomyślałem. „Już wolałbym nazywać się
Piorunochron”. Nigdy o takich rzeczach nie myślałem i uświadomiłem sobie
zaraz, że ci ludzie zmuszają mnie do zastanawiania się nad czymś, co zdrowemu
człowiekowi nie przyszłoby do głowy. No, bo jak można trzymać w szafie
Antygony, postacie z literatury w końcu i sypać na nie naftalinę, której przecież
w całej Warszawie nie uświadczysz. I skąd ta kobieta ma aż cztery?
Ponieważ wskutek tych rozmyślań nieprzyzwoicie milczałem,
srebrny medalion poruszył się niespokojnie na kremowo-fioleto-wym materiale.
- Bosek, synku,
pan nie wierzy w nasze Antygony, które tak pieczołowicie konserwuje. Może
powiesz panu, co dzisiaj rano robiłeś.
- Rąbaliśmy królów
na podpałkę - wyrecytował nieco flegma-tycznie. - Całe dynastie Piastów,
Jagiellonów, carów rosyjskich też, - cedził słowa beznamiętnie.
- Ale po co aż
tyle dynastii - spytałem, wkurzony, że daję się wciągnąć w dziwną rozmowę.
- Stare dynastie najlepiej się palą. Przy naszych
trudnościach z węglem,.. – wyjaśniła matka. - Po co mają się marnować w
zaświatach?
Wypiłem łyk kompotu, wyliczyłem należność dla kelnerki i
znów tak, jak poprzednim razem chciałem uwolnić się od mojego restauracyjnego
towarzystwa. Staruszka popatrzyła na mnie ze zgorszeniem. Jej nos chyba się
wydłużył. Powoli opadłem na krzesło. Na jej twarzy odmalował się łagodny
uśmiech. Nawet Bosek, dotąd beznamiętnie i mechanicznie wchłaniający pierogi,
popatrzył na mnie miło.
Staruszka zaczęła opowiadać o wczorajszym wieczorze.
- Wczoraj Bosek
wypił całą butelkę szampana - szepnęła mi to tak, jak mówią o najświeższych ploteczkach
staruszki w parku.
- Właściwie to już
spałam – ciągnęła - ale nagle usłyszałam kolędy i to śpiewane na dwa głosy,
męski i kobiecy. O, jak wyniośle śpiewali. Tylko Bosek, jak sobie dobrze popije
tak śpiewa. Później razem z tą kobietą wyciągnęli dwie chińskie gumki do
ścierania ołówka i coś gorliwie wycierali. Podpatrzyłam przez dziurkę od klucza,
że tej jego przyjaciółce, niestarej jeszcze, z zielonej torebki wypadły całe
korpusy człowiecze, ręce i nogi w kawałkach. Aż się zdziwiłam, że wszystko tam
doskonale zmieściła. I niech pan sobie wyobrazi- tu ściszyła głos pochylając
się w moją stronę, na tych resztkach było pełno bordowych plam. „Trzeba
mazać" - usłyszałam, jak mówiła do Boska. I tak ścierali całą noc. Kiedy
sobie poszła, nie wiem, bo usnęłam. A poza tym niewygodnie mi było pod
drzwiami. Rano tylko nie mogłam Boska dobudzić, tak mocno spał. Nagle staruszka
jakby szerzej otworzyła oczy i podniesionym głosem zaczęła przemawiać do syna:
- Myślisz, że nie
wiem, kto do ciebie przychodzi w nocy?!
Bosek spojrzał na
nią także wielkimi okrągłymi oczyma, zupełnie nie wiedząc, dlaczego mama tak
się zbulwersowała.
- Właśnie, że
wiem, kto cię odwiedza - krzyczała prawie. - To Makbetowa! Całą swoją rodzinę
wykończyła! i władców... Nie pozwolę, żebyś miał takich przyjaciół. Nie po to
chowam dla ciebie Antygony... - babci zabrakło już tchu i powtarzała tylko po
cichu: - Lady Makbet, Lady Makbet... taki wstyd dla mego domu.
Nie zorientowała się, że wyszedłem już z jadłodajni.
*
Było wczesne, jesienne przedpołudnie, gdy przysiadłem na
ławce. Przymknąłem oczy i usnąłem chyba, bo gdy je otworzyłem, nade mną stał
starszy pan dygając i kłaniając się z wdziękiem. Wydało mi się, że tkwił tu
już od dawna. Pan uśmiechnął się nagle, jakby ucieszył się z tego, że wreszcie
go zauważyłem. Dopiero w tej chwili przypomniałem sobie, skąd znam tę pulchną
figurę i obrzękłą twarz.
- Dzień dobry -
powiedziałem i stanąłem prawie na baczność przed ławką, wstydząc się chyba, że
zmusiłem starszego człowieka do oczekiwania na moje powitanie. Bosek usiadł
obok i wiedziałem już, że zanosi się na dłuższą rozmowę. „Gdyby posłuchał tego
ktoś normalny, byłbym spalony" - pomyślałem. Ale wypadało coś powiedzieć.
- Pan dzisiaj bez
szanownej mamusi? - zapytałem grzecznie, uśmiechając się fałszywie.
- Matka ostatnio
choruje - rozpoczął swoją fiegmatyczną opowieść, pełną chrząknięć i przerw. -
Zwłaszcza teraz, kiedy poprzestawiały się wartości.
Otworzyłem szeroko oczy.
- Wartości?
- Moralności
żadnej już pan nie uświadczy. Wszystkie się skończyły. Gotować można już tylko
z historii i to wcale nie przedniej.
- Nigdy nie
myślałem o przedniej historii, raczej przedniej wołowinie - chciałem być równym
partnerem w rozmowie. Jednak nie musiałem podejmować wątku, bo starszy pan opowiadał,
nie pytając czy potrzebuję szczegółowych wyjaśnień.
- Matka miała
ambitny cel. Przez całe życie pragnęła złapać śmierć i usmażyć ją w kawałkach.
Ach, od urodzenia mówiła mi: „Synu, jak ją dopadnę, to zobaczysz, że będzie
skwierczała, jak stara słonina.
- Śmierć by skwierczała?
- Tak, bo tylko debilki przy smażeniu bardzo skwierczą.
Tak mówiła. Wyobraża sobie pan, uszczęśliwilibyśmy ludzkość. Bohaterowie sprzed
wieków są zatrwożeni. Przychodzą do matki i skarżą się. A ona biedna co ma
poradzić? - patrzył na mnie, lecz nie wiedziałem, co powiedzieć.
- Kiedyś, -
ciągnął opowieść - przychodziło do nas wielu gości. Homerowi na czterotysięczne
urodziny matka podarowała maszynę do pisania. Za to, że jest ponadczasowy -
powiedziała. Kiedyś matka przyjaźniła się z Boną. Przychodziła stara królowa i
razem robiły weki na zimę. Kiedyś przyprowadziła swoją synową do pomocy.
Barbara jej było. Mówiła: „Niech się nauczy roboty krew radziwiłłowska".
Nie lubiły się bardzo. A w wielkich misach leżały sterty poobieranych
grzechów...
- Co wkładały do
słoików? - nie wytrzymałem. - Sterty...
- ...grzechów-
spokojnie odparł Bosek. Wyczułem w jego głosie jakby weselszą nutkę: -
Radziwiłłówna, gdy zobaczyła te grzechy, to się na nie w mig rzuciła. Raz, raz,
zeżarła wszystkie owoce. Matka w krzyk, Bona w krzyk: „Do piekła ją! Na szafot!
Do piekła!" „Gdzie ja teraz znajdę takie grzechy..."- rozpaczała
matka.
O współczesnych bohaterach mama też nie ma dobrego
zdania. Mówi, że dzisiejsze damy bardzo ciężko się piorą. Nie warto nad nimi
pracować. Taka jest właśnie matka Boska - zakończył.
- Ktoooo?
- No, moja
matka... - Bosek uśmiechnął się tajemniczo.
czerwiec-lipiec 1989
Data publikacji: 2009-07-22
Komentarze
2009-07-23 - gomarta
Tzn., że 20 lat temu czterdziestokilkuletni mężczyzna był dla Ciebie starszym panem? Czujesz się teraz jak starszy Pan? ;-) M.
2009-07-23 - Mariusz Szczygieł
Też zwróciło to moją uwagę. W ogóle nie czuję się.
Zastanawiam się od wczoraj o czym był ten tekst i o co mi chodziło? I zupełnie nie wiem. Chyba to była tzw. sztuka dla sztuki; wymyślić niekonieczną historyjke.
2009-07-24 - ik
A mnie ciekawi, jaki pseudonim Pan sobie nadał? Jak sam siebie nazwał? Bo może to bedzie kluczem do wyjaśnienia tajemnicy co autor miał na myśli :)? A może chodziło tu o sen, który tak utkwił w głowie, że musiał zostać przelany na papier?...w snach zdarzają się rzeczy niepojęte...i dobrze!
2009-07-24 - Agnieszka
podczas czytania przez twarz przemknęły uśmiechy...miłe dla duszy :-)
2009-07-24 - Mariusz Szczygieł
Niestety, nie śniło mi się to. Pseudonim wziąłem od małego dziecka, którym zajmowała się moja mama i ojciec jako opiekuni, kiedy ja wyjechałem na zawsze z domu w Złotoryi. (Dziś właśnie zdawał ten 24-letni nasz wychowanek na instruktora siatkówki). Tylko, że tego pseudonimu użyłem pół roku wcześniej do jednego reportażu, gdzie nie mogłem się podpisać własnym nazwiskiem. W każdym razie Matka B. chce zbawić świat - grzechy powekować do słoików, śmierć usmażyć... Ona jest mesjanistyczna (jest mesjanką?) ale tak w czeskim stylu trochę.
2009-07-24 - misa
bardzo dobrze mi sie pana czyta cokolwiek to nie jest dzieki za kazdy tekst
2009-07-24 - ik
Aaa, a to dlatego każą wrzucać szklane opakowania osobno...:)! rnCiekawe, gdzie jest skład główny? Bo mogę podrzucić kilka słoików..rnNiesamowity zbieg okoliczności - wychowanek Pańskich rodziców dziś miał ważny dzień, a kilka chwil wcześniej znajduje Pan swój text podpisany jego nazwiskiem...przypadek? intuicja? wskazówka?
2009-07-25 - Mariusz Szczygieł
Uświadomiłem sobie, że rzeczywiście - przyjechał do nas do Warszawy w piątek, w sobotę miał egzamin, który zdał i dla niego to ważny kamień milowy w życiu, a ja w tym samym czasie w czytelni, szukając, zupełnie czego innego w starych rocznikach "Polityki", "Tyg. Powszechn." i "Na przełaj" właśnie - przeglądałem to pisemko jako ostatnie i patrzę: a tu Matka B. Przypadek, intuicja, wskazówka - pyta Pani. Przypadek i wskazówka zarazem - moim zdaniem.
2009-07-25 - Tencia
A ja trochę nie na temat.Po prostu lubię Pana i Pańskie teksty.
2009-08-14 - Ania
Świetna jest Matka B. !
2009-08-18 - Imarq
Niezły tekst :) PS. A na straży tych weków mogliby stać Blekota, Mekota i Pekota ( żeby Baśka i już więcej nie wyżerała ). Pozdrawiam :)
2009-09-04 - Bernadetta Darska
Ciekawe doświadczenie - tak po latach spojrzeć na siebie z przeszłości i przeczytać swój tekst tak, jakby się samemu nie napisało. Można by powiedzieć, że w takich sytuacjach doznajemy "na żywo" tego wdzięcznego literackiego dylematu - na ile ja sprzed lat mogłabym się porozumieć ze mną "tu i teraz". Pozdrawiam!
"A to książka właśnie!" - www.bernadettadarska.blog.onet.pl
Mam juz okladke mojej nowej ksiazki. Moze jeszcze beda jakies poprawki liternictwa, zeby mi Jezus Chrystus Davida Černego nie zjadl tytulu ani nazwiska. Jestem...