„Rozgrzeszanie
w PRL” – czyli jak harcerski tygodnik dla młodzieży dał głos gejom i lesbijkom,
i co z tego wynikło
To tekst, jaki poproszono mnie o przygotowanie na konferencję "Historia tęczy" o historii homoseksualności w Polsce, która odbyła się w 4 i 5 kwietnia 2009 w Austriackim Forum Kultury w
Warszawie; brali w niej udział historycy, działacze, publicyści. Skrócona wersja ukazała się w 6 numerze pisma Kampanii Przeciw Homofobii "Replika".
Na okładce: rysunek
dwóch krawatów, zawiązanych w jeden.
Na krawacie – dwa
symbole płci męskiej: kółka ze strzałkami, splecione ze sobą jak obrączki.
Taką okładkę miał 51 nr
harcerskiego tygodnika „Na przełaj" z 1986 r., w którym zamieszczono reportaż
pt. „Rozgrzeszanie”.
Początek brzmiał tak:
„W waszej gazecie
młodzież w rubryce Szukam przyjaciela pisze
często: „cenię uczciwość”, lecz niech pan sam powie, jak komuś napisać coś
takiego: „nie piję, nie palę, ale drogi kolego, jestem zboczonym pedałem i
jeszcze podać swój adres”.
I następny akapit:
„Gdy zawiodą rodzice,
wyśmieją koledzy, bezradny jest seksuolog i czują, że świat wali im się na
głowę, wtedy piszą do redakcji”.
Miałem wtedy 20 lat i
byłem pomysłodawcą tego tekstu i współautorem. Redakcja „Na przełaj” była moim
pierwszym miejscem pracy. To, co działo się po wydrukowaniu tego tekstu, nie
miało chyba w prasie socjalistycznej żadnego odpowiednika.
*
Rok wcześniej, w 1985
r. jeszcze jako maturzysta z Legnicy, opublikowałem tam opowieść męskiej
prostytutki pt. „Nie róbcie sensacji”. Narratorem był chłopak ze Środy Śląskiej,
który zarabiał we Wrocławiu. Jesienią 1986 r., kiedy zacząłem studia w
Warszawie, „Na przełaj” zdecydowało się wydrukować opowieść o półświatku Dworca
Centralnego w Warszawie pt. „Reportaż dla dorosłych”.
Teksty te, z
warsztatowego punktu widzenia, dziś są dla mnie nie do przyjęcia, ale wtedy nie
umiałem pisać inaczej. Z dzisiejszego naukowego punktu widzenia – niektóre
zwarte w nich teorie seksuologów są co najmniej dyskusyjne. Jednak siła
rażenia, jaką wtedy miały te reportaże, zasługuje na odnotowanie.
Po dwóch pierwszych reportażach
do redakcji przyszło kilka listów od młodych homoseksualistów. Tygodnik był
adresowany do czytelników między 15
a 21 rokiem życia i w takim też wieku byli
korespondenci. Listy te lądowały na oddzielnej półce i nikt na nie nie
odpisywał.
Rubryka „Szukam
przyjaciela” była bardzo popularna, ale zamieszczano w niej tylko anonse
heteroseksualne, jeśli w ogóle można mówić w przypadku tych ogłoszeń o
podtekście erotycznym. Raczej chodziło o znalezienie przyjaciół, a większość
chciała wymieniać plakaty zespołów rockowych.
Aż nadszedł cytowany wyżej
list: „…jestem zboczonym pedałem”.
Wpadłem na pomysł, żeby
pójść śladem kilku takich listów i napisać nowy reportaż. Razem z koleżanką Ewą
Żychlińską podzieliliśmy się historiami. Spotkaliśmy się z naszymi bohaterami i
tak powstał najważniejszy z tych
reportaży – tekst „Rozgrzeszanie”.
„…żeby pan napisał do mnie i podał adres tej warszawskiej kawiarni, gdzie
spotykają się „tacy” ludzie, błagam pana. Ja już nie mam dalej siły żyć bez
człowieka takiego jak ja. W nauce kompletnie się opuściłem. Ten list będę
czytać po tysiąc razy…”
Reporter: „Janusz
napisał z poznańskiej wsi. Tam ludzie wiedzą o sobie wszystko. Nawet to, że
Janusz – dziewiętnastolatek otrzymał list „aż z Warszawy” i na kopercie było
napisane „Kolega”. Ciekawe skąd on dorwał kolegę w stolicy? Przecież to taki
cichy chłopak, z nikim prawie nie rozmawia, na wiejską zabawę nie przyjdzie, za
dziewczynami się nie ogląda, a kolegę w dalekim świecie znalazł”.
Narracja
„Rozgrzeszania” była niespieszna, tak jak niespieszne były tamte czasy. Jednak
niebywała szczerość opowieści nie była w tamtej prasie normą: jeden z bohaterów
tekstu, Darek miał 16 lat i z chłopcami kochał się od sześciu; gdy był
10-letnim dzieckiem, zrobił to za namową dwóch kolegów: 13 i 15-letniego. „Nie
chcę przykrywać swojej twarzy maską” – oznajmiał reporterowi.
Jak to możliwe, że
pismo, które na pierwszych stronach informowało o posiedzeniu Rady Naczelnej
Związku Harcerstwa Polskiego i pisało o zadaniach harcerzy po kolejnym plenum
KC PZPR, nagle na najbardziej prestiżowej trzeciej stronie wydrukowało opowieść
chłopca, który namawiał kolegę z klasy na seks w szkolnej toalecie?
W dodatku bez słowa
potępienia.
Tygodnik „Na przełaj” –
mimo że na państwowej licencji – stał się w drugiej połowie lat 80. oazą
(limitowaną, ale zawsze) wolnego myślenia i lansowania alternatywnych stylów
życia. Był jedynym pismem młodzieżowym w Polsce (a popularnych pism wychodziło
wtedy 7), wokół którego skupił się pierwszy ruch ekologiczny „Wolę być”. Jako
jedyne pismo drukował teksty zespołów z festiwalu w Jarocinie (we wkładce
„Koalang”). Mieliśmy poczucie, że cenzura pozwala nam na więcej niż innym. Wreszcie:
to właśnie z czytelnikami „Na przełaj” Jurek Owsiak stworzył w 1987 r. swój
pierwszy masowy ruch surrealistyczny „Towarzystwo Przyjaciół Chińskich
Ręczników”, które wzywało do uwolnienia ryb z puszek.
Redaktorem naczelnym tygodnika
był, po wprowadzeniu stanu wojennego, działacz harcerski, harcmistrz Polski
Ludowej, Jan Witkowicz. Miał chyba wtedy około 50 lat, ale już jego zespół
stanowili w większości dziennikarze przed trzydziestką. Ja byłem w 1986 r. najmłodszy.
*
Listy, jakie zasypały
nas po „Rozgrzeszaniu”, chyba nigdy nie zostały do końca policzone. Trzy
tygodnie później wydrukowaliśmy kilka z nich, pisząc na końcu: „Zbłąkanych
prosimy o kontakt. Trzymajcie się ciepło. Redakcja” i to rozpętało amok
korespondencyjny. Minęły 23 lata, dziś pamiętam,
że doliczyliśmy się 763 lub 673 listów. Większość nadawców – uczniów z małych
miasteczek i wsi – prosiła, żebyśmy ich skontaktowali z kimkolwiek, byle by
była to osoba tej samej płci, która szuka przyjaźni.
„Teraz jestem jak
szmata. Uprawiam seks tylko z pijakami. Ale mi to nie wystarcza. Gdzie są ci,
którzy mogliby być moimi przyjaciółmi? Marek”.
„Teraz boję się już
wszystkiego. Nawet autobusu pełnego ludzi, którzy patrzą na mnie wrogo,
przynajmniej tak mi się wydaje. Mam wrażenie, że wszyscy powinni na mnie
krzyczeć. Od roku zażywam różne tabletki, nieraz próbuję pić. Alina”.
„Proszę o mnie pamiętać
i nie wyrzucać mnie do kosza. Nie chcę rozgrzeszenia, chcę tylko kogoś kochać.
Student”.
Natężenie emocji w
listach było takie, że w wielu przypadkach redakcja musiała autorów, którzy nie
podali adresu, prosić na łamach o przysłanie kontaktu do siebie, ponieważ
mieliśmy wrażenie, że ich los może skończyć się tragicznie. Najtrudniejsze było
to, że nie mogliśmy ich zdekonspirować, a chcieliśmy znaleźć. Dlatego anons
wyglądał tak, że prosiliśmy o podanie adresu i nazwiska autorów cytatów:
Svena:
„…moje fatum mnie pokonało…”;
Czytelnika
ze Świnoujścia: „…boję się wpaść w środowisko kryminalistów…”;
Agnieszkę:
„…zniszczę siebie i ją…”;
Pawła:
„…jestem już cieniem, muszę mieć kogoś takiego jak ja…”.
Wydrukowaliśmy
trzy odcinki listów pod hasłem „Rozgrzeszanie” i zaczęliśmy kontaktować ich autorów
ze sobą. Była to trudna praca, trzeba było jakoś dobrać listy do siebie, a
zarazem niejako dobrać ich autorów jako przyszłych przyjaciół.
Zaraz
zaczęły przychodzić podziękowania, ale i reklamacje, że „chłopaka, to chciałem
wyższego” a „ta Monika wcale nie jest kobieca”.
Ci
geje, którzy poruszali się w środowiskach homoseksualnych większych miast,
poinformowali redakcję, że powstał nowy szyfr, rodzaj grypsu: „On jest 5-1?”,
„Poznałem dwóch chłopaków 5-1”
itp. Spontanicznie zaczęli nazywać siebie „pięć jeden”, żeby się nie
zdekonspirować ze skłonnościami. Pięć jeden wzięło się od 51 numeru „Na
przełaj”, w którym „Rozgrzeszanie” było wydrukowane.
*
Musimy
jednak pamiętać, że trwała era przestępstw przeciwko rozumowi i wszystko mogło źle
się skończyć.
Cykl
powstał w czasach, kiedy milicja przeprowadziła akcję masowych zatrzymań
homoseksualistów („Hiacynt). W więzieniach i aresztach śledczych przebywało wtedy
prawie 400 więźniów politycznych.
Wydawnictwo Literackie wydało poezje Osipa
Mandelsztama i nakład 30 tys. egzemplarzy poszedł na przemiał, gdyż interweniowała
ambasada Radziecka – w tomie znalazło się kilka wierszy nie publikowanych w ZSRR;
MSW odmówiły rejestracji Towarzystwa im. Witkacego, uzasadniając, że
pogłębianie wiedzy o życiu i twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza leży w wyłącznej
gestii władz PRL; dyrektorka szkoły na Starym Mieście we Wrocławiu osobiście w czasie
ferii świątecznych, pod nieobecność pracowników, pozaklejała w dziennikach
zapisy, gdzie były słowa: "Boże Narodzenie", zamieniając je na słowo
„Przerwa świąteczna”; w Nowej Hucie torturowano działacza podziemnej
„Solidarności”, Jana Krola – za pomocą kombinerek zrywano mu z palców paznokcie;
w rocznicę powstania w getcie władze nie dopuściły Marka Edelmana pod pomnik
powstańców.
I tym podobnie.
Akcja
publicystyczna „Rozgrzeszanie” musiała więc sugerować czytelnikom (a zwłaszcza
ich rodzicom) oraz prasowym mocodawcom, że władze panują nad tymi działaniami, a
pismo młodzieżowe nie dokonuje demoralizacji. Pierwszy reportaż „Rozgrzeszanie”
miał więc adnotację, że konsultowała go seksuolog z poradni rodzinnej
Towarzystwa Rozwoju Rodziny. Wydawało nam się, że to wystarczy.
Przyszło kilka listów
informujących o tym, jakie są prawa gejów w Wielkiej Brytanii czy też o
działalności ILGA – natychmiast więc znalazły się na łamach pisma. Zależało
nam, żeby wstawić to, co robimy w szerszy kontekst europejski.
Redaktor
naczelny – jak pamiętam – został po pewnym czasie wezwany do Wydziału Prasy KC
PZPR, który miał ideologiczny nadzór również nad naszym tygodnikiem. Musiał tam
wyjaśnić towarzyszom, dlaczego redakcja harcerskiego pisma podjęła temat, który
(cytuję z pamięci) jest bardzo niejednoznaczny politycznie, społecznie i
medycznie. I dlaczego zawłaszczamy tematy przeznaczone dla pism z dziedziny
medycyny.
Co nasz redaktor w KC
odpowiedział, nie pamiętam. Może mi tego nie mówił, tylko mojemu kierownikowi?
(Usiłuję go od jakiegoś czasu odnaleźć, ale jak dotąd nie udało mi się). Zapamiętałem,
gdy opowiadał nam na redakcyjnym kolegium, że zasugerowano mu, żeby wszystkie
listy od czytelników-gejów przekazał do wydziału prasy właśnie, „bo tam będą bezpieczne,
a młodzieży nie spotka krzywda i nie wpadną w niepowołane ręce”.
„Nie damy im ani jednego
listu” – stwierdził naczelny i część z nich zamknęliśmy w kasie pancernej, a
część wziął do swojego domu współpracownik redakcji.
Ponieważ prawie nie
nadchodziły (o dziwo!) listy potępiające akcję, należało – zgodnie z życzeniem
towarzyszy z KC – wydrukować choć jeden list krytyczny. Zmyśliliśmy więc go,
ale tak, żeby był autokompromitacją jego rzekomych autorów:
„Zgroza nas ogarnia. Ma
się wrażenie, że głównym zainteresowaniem harcerzy jest seks… Na przełaj –
Playboyem dla harcerzy!” – i tym podobnie pisali „Sfrustrowani czytelnicy”.
Naczelny zarządził: podamy
na łamach, że z prośbą o kontakt przyszło tylko 200 listów. „Musimy też mieć
parasol” – powiedział. „Jakiś autorytet powinien nas legitymizować”. Dostałem więc
zadanie przeprowadzenia wywiadu, który zasugeruje, że mamy merytorycznego
opiekuna, który panuje nad filozofią naszych działań.
Wybraliśmy profesora
Mikołaja Kozakiewicza.
Seksuolog, socjolog,
publicysta, prezes Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego i Polskiego Towarzystwa
Rozwoju Rodziny. Miał do tego jeszcze jedną zaletę: był członkiem powołanej w
stanie wojennym Rady Krajowej Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego. (To
prof. Kozakiewicz został po pierwszych wolnych wyborach w czerwcu 1989 r.
pierwszym marszałkiem tzw. kontraktowego Sejmu).
Naszą akcją profesor
był zachwycony.
„Homoseksualizm jako
temat wywiadu. Co Pan na to? – brzmiało pierwsze pytanie, na które profesor
odpowiedział w stylu tamtych czasów: „Ucieszyłem się, że wreszcie pismo
młodzieżowe podjęło problem obecny w życiu młodych, niezauważany zaś przez
szkołę i organizacje młodzieżowe”.
A potem przyznał, a
cenzura to przepuściła, że rozmawiał już z ministrem spraw wewnętrznych,
Kiszczakiem, ponieważ milicja traktuje homoseksualistów jak przestępców.
„Milicjanci uważają, że skoro istnieje podziemie homoseksualne i struktury
przypominające struktury konspiracyjne – są także punkty kontaktowe, wobec tego
ta siatka może być wykorzystywana do celów przestępczych a nawet szpiegowskich.
Ale pytanie zasadnicze brzmi: dlaczego istnieje takie podziemie? Nie będzie
miało ono racji bytu, gdy będą akceptowane miejsca spotkań, gdy wyjdzie choćby
jedna homoseksualna gazeta”.
„Właściwie nie wiadomo
– dodał profesor – kto miałby w Polsce założyć stowarzyszenie dla
homoseksualistów. Zakładanie nowych towarzystw jest u nas rzeczą niezwykle
trudną, dlatego nikt się do tego nie kwapi w tak kontrowersyjnej dziedzinie”.
Prof. Mikołaj
Kozakiewicz dał w tym wywiadzie rady redakcji, jak kontaktować ludzi: „Nie
możecie tego robić na łamach gazety i trzeba koniecznie sprawdzać wszystkie
kontakty, nie podawać adresów, a listy przekazywać przez redakcję, niestety
także je czytając. Jest to jedyne rozwiązanie”.
Dlaczego?
Profesor przestrzegał,
że rzecz dotyczy często niepełnoletnich, w liście dostaje się zbyt krótką
informację o danej osobie i nie wiemy, jaki ktoś zrobi użytek z tego kontaktu.
„Chłopak – mówił – może być przecież zgwałcony, wciągnięty do jakiejś meliny,
bo i przestępstwa seksualne w tym środowisku także się zdarzają. Stąd bierze
się ryzyko. Gdyby istniało oficjalne pismo, wówczas zastrzega ono, że nie
bierze odpowiedzialności za adresatów ogłoszeń”.
Wywiad był dość
obszerny, profesor przypomniał, że w Związku Radzieckim wciąż kodeks karny
karze za zachowania homoseksualne, a na koniec dodał, że to są problemy, „o
których gdyby w naszym kołtuńskim kraju napisać całą prawdę, to… ja bym tego
nigdy nie napisał”.
Rozmowa ukazała się w
lutym 1987 i nosiła tytuł „Ucieczka ze śmietnika”.
*
Tygodnik „Na przełaj”
upadł w 1991 roku, jego wydawca koncern RSW Prasa-Książka-Ruch został
zlikwidowany.
Kilka lat później, już
w nowej Polsce, dotarły do mnie pogłoski, że ktoś, kto napisał wtedy do
redakcji, miał nieprzyjemności i był przesłuchiwany przez Służbę
Bezpieczeństwa. Kiedy tylko to usłyszałem, prosiłem o kontakt z taką osobą, ale
niestety zawsze się okazywało, że to tylko znajomy coś słyszał od znajomego…
W latach 90. w dwóch
pismach gejowskich apelowałem o kontakt, jeśli kogoś coś podobnego spotkało lub
znał takie przypadki - do dzisiaj nikt
się nie zgłosił.
Ze mną milicja kontaktowała
się w tej sprawie raz. Dwóch, po cywilnemu ubranych, mężczyzn zatrzymało pewnego
dnia obok mnie samochód. Jeden wysiadł, machnął mi jakąś legitymacją, której
nie byłem w stanie się przyjrzeć i zaprosił do środka, mówiąc na Pan. W środku
drugi (kierowca) najpierw spytał, czy studiuję nauki polityczne, a potem
wypalił: „Powiem ci jedno: przestań zajmować się pedałami, bo wsadzimy cię do
piwnicy, gdzie tak cie wy… w d…, że ci się odechce dziennikarstwa i nie skończysz
studiów. A teraz wypie…”. Zdania te były jedyną nieprzyjemną rzeczą, jaka
spotkała mnie w związku z tą sprawą.
Dziennikarstwa mi się
nie odechciało, co więcej powiedziałem o tym szefowi i namówiłem mojego
kierownika - jednego z najbardziej otwartych ludzi, jakich spotkałem w życiu - Jacka
Szmidta, dziś szefa „Twojego Stylu”, żebyśmy drukowali w „Na przełaj” przegląd
prasy, w którym streszczaliśmy zawartość wydawanego nielegalnie pierwszego „podziemnego”
pisma gejowskiego z Gdańska „Filo”.
O ile pamiętam, urząd
cenzury nie ingerował ani razu.
*
Jesienią ubiegłego roku
– dzięki portalowi nasza-klasa – dostałem mail:
„Dawno, dawno temu
każda z nas (osobno, bo nie znałyśmy się wówczas) napisała do tygodnika „Na
przełaj”. Każda z nas była kompletnie osamotniona. Odpisałeś każdej,
wymieniając nas adresami. I od jesieni 1987r., już 22 rok jesteśmy razem”.
Pamiętam te dwa listy,
bo najpierw przyszły cztery od dziewczyn i wszystkie cztery rozłożyłem na
stole, zastanawiając się, które z którymi połączyć.
W końcu chyba skojarzyłem
te listy ze sobą przypadkowo.
Kilka miesięcy temu
pojechałem do miasta, w którym obie panie mieszkają i spotkaliśmy się. Muszę
powiedzieć, że nie dałem tego po sobie poznać, ale było to jedno z najbardziej
wzruszających przeżyć w moim nie tylko zawodowym życiu.
Praga, 31 marca 2009
Przedruk, kopiowanie tego tekstu w prasie i portalach internetowych bez zgody autora zabronione.
Data publikacji: 2009-06-09
Komentarze
2009-06-11 - Maja
Kurczę, też się wzruszyłam przy ostatnim akapicie. Czy powstanie reportaż z tego spotkania?
2009-06-19 - Agnieszka
To zadziwiające, jak często przeznaczenie innych leży w naszych rękach...
2009-06-25 - lechus
Uwielbiam Pańskie teksty, pełne życia, prawdy, fachowości, a przeznaczenie...moje decyzje zależą od decyzji drugich, zgadzam się ,że czesto przeznaczenie drugich leży w naszych rękach lub odwrotnie, często nasze życie zależy od drugich osób, pozdrawiam!
2009-10-25 - public enemy uk
panie szczygieł - od dawna podejrzewałem ze jest pan pederastą, szacunek mam dla pana bo nigdy pan tego nie manifestował ani nie czuł sie wiecznie obrażony ani urażony pogladami Polaków. Mam nadzieje ze tak zostanie i uszanuje pan to ze nasze społeczeństwo toleruje pederastow ale nie toleruje małżeństw homosexualnych ani adopcji dzieci przez gejów, jesli panu to nie pasuje zapraszam do Hiszpanii :) Pozdrawiam
2010-02-18 - Adam
Panie Mariuszu, nigdy nie zapomne cyklu Rozgrzeszanie. Jestem rocznik 1972, mialem wtedy 14 lat i bylem fanem Na Przelaj. Kochalem to pismo, ono w jakis sposob mnie uksztaltowalo. Kiedy kupilem kolejny numer w grudniu 1986, juz czulem, ze jestem gejem ale nie mialem odwagi do tego sie przed soba przyznac. Ten cykl sprawil ze uniknalem zalamania, dramatu, ze nie ma innych ludzi takich jak ja. Jest Pn dla mnie zjawiskiem Panie Mariuszu, takze przez to ze dziele Panskie zafascynowanie Czechami...dlaczego w Polsce tak byc nie moze? Serdecznie pozdrawiam
Długopis spadł mi ze stolika w kawiarni Nowy Świat. Schyliłem się i zobaczyłem, że na podłodze leżą dwie rzeczy: oprócz długopisu w szczelinie między nogą stołu...