W "Gazecie Krakowskiej" ukazała się 8.05.09 rozmówka ze mną Joanny Weryńskiej o czeskim filmie, na którym się nie znam, ale chętnie oglądam. Powyżej zdjęcia ze "Szkrzitka" (po kliknięciu powiększają się). To film, który oglądali wszyscy moi znajomi, bo ich zmusiłem (ale odwiedzają mnie nadal). To film, który poprawia mi samopoczucie, a Eva Holubova jest w nim bombowa.
Kiedy obejrzał Pan pierwszy film czeski?
Jako dziecko, wychowane jakieś 80 km od granicy czeskiej, miałem do Czechów stosunek obojętny, więc nie pamiętam pierwszego filmu, może w ogóle takiego nie było. Uważałem raczej, że to naród, który niczym nie jest w stanie nam zaimponować. Moje zainteresowanie pojawiło się w dorosłym życiu, kiedy miałem 34 lata. Mniej więcej wtedy obejrzałem „Samotnych”. Dopiero wtedy odkryłem kulturę czeską i ona 8 lat temu połknęła mnie z butami.
Czesi uważani są za ponuraków. To prawda?
Nic o tym nie wiem. Raczej są spokojni, racjonalni, rzeczowi, pragmatyczni, ale uwielbiają dostarczać sobie śmiech w różnych postaciach, tak jakby wiedząc, że są zbyt normalni i muszą od czasu do czasu połknąć tabletkę śmiechu. To tak jak Polacy, wiedząc, że są zbyt normalni, muszą się wódki napić. Z tym, że jak ktoś słusznie zauważył, u Czechów radość to jest często radość smutku.
Skąd w takim razie mistrzostwo czeskiego humoru?
Moim zdaniem powód jest jeden. My Polacy, oprócz życia doczesnego, mamy życie pozagrobowe, a Czech ateista nie ma nic poza życiem tutaj. Musi więc uczynić to życie znośnym, bo ma je tylko jedno. Więc uprzyjemnia sobie je jak może. Choć nie wiem, czy ta teoria sprawdza się wśród Szwedów, którzy tak jak Czesi ścigają się o palmę pierwszeństwa, który kraj jest najbardziej zlaicyzowanym krajem świata, jednak nie słyszy się o szwedzkim humorze. Z tym, że może to jest jak z reakcją na wiadomość: będziesz żył jeszcze pół roku. Jeden będzie używał życia przez te pół roku i cieszył się tym, co mu zostało, a drugi załamie się i położy od razu do trumny.
Jakie są Pana ulubione czeskie filmy?
Mój top 5?
Proszę bardzo, jednak zawiodę typowych odbiorców czeskiego kina, bo pierwsze trzy, to filmy z lat 60, z czeskiej nowej fali, ale nie są to żadne miłe filmiki. A więc:
1. „Palacz zwłok” Juraja Herza (dramat, ale groteskowy, moim zdaniem - w przeciwieństwie do powieści na podstawie której powstał - genialny);
2. „Ucho” Karla Kachyni (horror psychologiczno-polityczny);
3. „Przypadek dla zaczynającego kata” Pavla Juraczka (trudno powiedzieć jaki to gatunek, film-wizja, a jednocześnie metaforyczny na miarę Kafki);
4. „Skrzitek” Tomasza Vorela (z 2004 r. współczesny Chaplin, film niemy, który oglądałem ze sto razy; kaskada gagów);
5. „Guzikowcy” Petra Zelenki (z końca lat 90., absurdalna opowieść o tajemnicach praskiego drobnomieszczaństwa).
Wspomniał Pan, że śmiech Czechów to radość smutku. Rzeczywiście, pod beztroskim płaszczykiem humoru w czeskich filmach zwykle kryje się jakaś gorzka prawda. Z czego Pana zdaniem to wynika?
No bo nie są idiotami, żeby kręcić jak Amerykanie filmy o niczym. Dowcip w czeskim filmie niesie za sobą treść.
Jako reporter pewnie nie raz spotyka Pan znane postacie czeskiej kinematografii. Które z takich spotkań najlepiej Pan pamięta i dlaczego?
Bliżej poznałem Haline Pawlowską, scenarzystke, pisarkę, prowadzącą bardzo znany czeski talk-show, jednocześnie słynącą z największego biustu w Czechach, który to biust jest bohaterem wielu jej opowiadań i felietonów. Napisała scenariusz do nagrodzonego na festiwalu filmowym w Moskwie filmu „Dzięki za każdy nowy ranek”, gdzie główną rolę gra rewelacyjnie Franciszek Pieczka. Najpierw Halina była ciekawa jak u nas przekłada się na życie powiedzenie „Pokaż Polakowi przepaść, a skoczy w nią od razu”. Więc sama Pani widzi, jakie mają o nas mniemanie.
A co Pan jej wtedy odpowiedział?
Zgodnie z prawdą. Że przecież „Polska to pamięć i groby”, co przeczytałem w jednym przewodniku po Krakowie.
Pytała o coś jeszcze?
Owszem. Potem Pani Halina była ciekawa, czy w Polsce kręcimy jakieś komedie. Gdyby w Czechach powstało rocznie tylko piętnaście komedii i żaden film innego gatunku, mówiłoby się, że kinematografia miała udany rok. Można zaryzykować tezę, że bez śmiechu Czech nie może przeżyć żadnej tragedii. Jej zdaniem to śmiech nadaje rzeczom właściwą miarę. „Dopiero wtedy – pisze – to, co ważne, ponure i ciężkie będzie dokładnie takie jakie ma być”.
Ale czy sam śmiech wystarcza?
Niestety, śmiech pomaga, ale i zakłamuje. Da się zaśmiać cierpienie, lecz to nie pozwala tak naprawdę zmierzyć się z przykrymi uczuciami. I mam wrażenie, że np. współczesne filmy czeskie np. o okresie komunizmu są niemal wyłącznie filmami dowcipnymi. Pokazują komunę jako dość wesoły, jajcarski okres. Tak tworzy się mit, że komunizm nie był niczym naprawdę złym. Nie ma filmów, które można by uznać za rozliczenie z tamtym czasem.
A u nas?
W Polsce też takich nie ma, ale oni przynajmniej mają swój śmiech.
Co Pana zdaniem jest w czeskim kinie najciekawsze?
Czeska szkoła filmowa, to m.in. mały realizm. Potrafią tak pokazać zwyczajny szczegół, że on nabiera niezwykłego znaczenia. Zresztą taka jest chyba też fotografia czeska, bo czeski fotograf tak sfotografuje dyktafon, na który mnie Pani nagrywa, że będzie słychać na tym zdjęciu dźwięk. Powiem tak: czescy filmowcy umieją pokazać życie w taki sposób, że ono nawet jak jest brzydkie, to może się podobać. Jak u Hrabala.
Z czego wynika tak wielkie powodzenie tego kina w Polsce?
Myślę, że Czesi wypełniają nam swoimi filmami pewne nasze deficyty – to są przeważnie filmy o radości życia i te są w Polsce najbardziej pożądane. My chyba aż tak jak Czesi życia nie kochamy. Widzimy przede wszystkim jego tragedię. A Hrabal mówił, że zrozumiał, że tragizm i komizm życia to bliźnięta, drogi biorące początek z tego samego miejsca. Surowy dramat wydobywa to samo co trywialna groteska.
Ile jest we współczesnej, czeskiej kinematografii z Hrabala?
Sporo, jeśli chodzi o jego stosunek do życia i drugiego człowieka. Choć na przykład Petra Zelenkę z „Samotnymi”, do których pisał do scenariusz i „Guzikowcami” czy „Opowieściami o zwyczajnym szaleństwie”, które reżyserował, raczej włożyłbym na wspólną półkę z Kurtem Vonnegutem, niż z Hrabalem.
A jak swoje rodzime kino odbierają sami Czesi?
Moi czescy znajomi na przykład, którzy raczej nie są masową publicznością, ale inteligencką, zawsze mówią o dzisiejszych czeskich filmach tak jakby się wstydzili, że takie słabe. Zresztą każdy film czeski, który ma świetne recenzje w Polsce, w Czechach jest krytykowany i odwrotnie: mnóstwo naszych filmów, które my lekceważymy, ma rewelacyjne recenzje w Czechach.
Weźmy „Katyń” Wajdy - który u nas tylko przez grzeczność i szacunek dla tematu i mistrza nie jest skopany przez media, ale w rozmowach prywatnych dziennikarzy i krytyków oceniony jako film łatwy, kiczowaty, z okropnymi drewnianymi dialogami – w Czechach ma rewelacyjny odbiór. Myślę, że daje im coś czego Czesi nie mają: wielką epicką historię, tragedię, która łapie za gardło i trzyma do końca. Mam nadzieję, że spodoba się tam też “Tatarak” Wajdy, bo ten jest moim zdaniem świetny. Jak Pani widzi, Polak też może Czechowi wypełnić jakąś lukę.