Wydawało mi się, że występuję w telewizji. Powiem tak: byłem przekonany, że co
tydzień pokazuje mnie telewizja. Jolanta D., właścicielka willi, widzi to
jednak inaczej. Zauważa pierwiastek boski.
„Gdy co niedzielę
UKAZUJE się Pan na ekranie, nic się dla mnie nie liczy” - pisze, po czym
wymienia listę rzeczy, które się nie liczą, łącznie z mężem. „Czy nie mógłby
się Pan ukazywać chociaż dwa razy w tygodniu?” - pyta rozżalona i informuje, że
ekran ich gigantycznego japońskiego telewizora („w tej willi na Mazurach”)
mierzy 60 cali i jest chyba największym telewizorem na Pojezierzu. „Tak że mam
Pana trochę większego niż w rzeczywistości. Bo z przyjaciółką tak się
zastanawiałyśmy (notabene bardzo ładna czterdziestka), że jak Pan jest w
zbliżeniu, to ma Pan twarz 60 cm długą, ale kamerzyści tymi zbliżeniami nas nie
rozpieszczają”.
Od czasu listu
Jolanty D., właścicielki willi i hiperrealistycznego Mariusza Szczygła, ukazuję
się z nową świadomością: człowiek przepuszczony przez ekran telewizora jest
uszlachcony. Pokazanie się w telewizji jest równoznaczne z przyznaniem
szlachectwa w XVII-wiecznej Polsce, jak mawia mój telewizyjny reżyser
Orzechowski.
Ukazywanie się jest
dla wielu widzów oznaką tego, że ukazujący się należy do panteonu półbogów o
nieograniczonych możliwościach:
- towarzyskich
(„Gdyby mógł pan wręczyć M. Jacksonowi te skarpetki jeszcze przed świętami, bo
tu w Dzierżoniowie nie mam za dużych możliwości”, Kama, lat 16);
- prawnych („Proszę
o zmianę wyroku sądu, chociaż o 5 lat, sędzina na pewno pana ogląda i darzy
autorytetem”);
- finansowych („Dla
Pana sfinansowanie oprawek do okularów a 500 zł to naprawdę niewielki wydatek,
a ja mógłbym lepiej wypaść, gdy córka zaprasza do domu menedżerów”, rencista II
grupy ze Starogardu);
- seksualnych
(„Składam pisemną prośbę o stosunek płciowy”, Ewelina z Poznania);
- mieszkaniowych
(„Czytałam w „Halo”, że Pan samotnie wychowuje dziecko. Ja sama wychowuję dwoje
dzieci, a Pan jako prezenter ma na pewno M4. Mogłabym natychmiast opuścić
Kłodzko i zamieszkalibyśmy w piątkę, razem żyłoby się nam lżej. Bo Pan jest
może i fajny na ekranie, ale jako mężczyzna jest Pan na pewno nieporadny”).
„Ukazujący się”
bardzo szybko od pierwszego ukazania dowiaduje się, że przybyło mu zadań.
Obarczony zostaje rolą, której w ogóle się nie spodziewał. Raz zagadnął mnie na
ulicy pewien tęgi pan i nie chciał puścić. - Pan musi mi załatwić odznaczenie -
zaczął. - Jestem honorowym krwiodawcą od 30 lat. Wszyscy moi koledzy mają
odznaczenia, a mnie zarząd PCK ignoruje. Chociaż pan niech mnie nie ignoruje -
dodał. - Ja pana nie ignoruję, tylko nie umiem załatwiać orderów i nie chcę -
oznajmiłem. - Ja panu powiem jak - nie dał się zbić z tropu. - Pójdzie pan do
PCK, jak pana zobaczą, od razu się przestraszą. Zacząłem się jąkać: - Ale ja
nie umiem... Rozmówca zdenerwował się i objaśnił mi rolę prezentera TV: - Pan
ma chyba jakieś obowiązki wobec widzów!
Powinienem
powtórzyć za Ireną Dziedzic: „Dziennikarze wykonują zawód „służebny”, ale wbrew
podobieństwu tych słów nie „usługowy”.
Pan Zdobysław G.
uważa, że ludzie telewizji w perfidny sposób wykorzystują swoją uprzywilejowaną
pozycję, aby wygłaszać i rozprzestrzeniać bzdury. „Głupota jest także pana
domeną” - poinformował mnie. „Akurat pana postawiono przed kamerą i ma pan
możliwość mówienia na głos idiotyzmów, które część ludzi odbiera jako ważne
prawdy, nie zastanawiając się nad ich niskim poziomem. Jest tyle osób, które są
mądrzejsze, lepiej wykształcone (o ile wiem, pan skończył tylko jeden wydział)
i one nie mają szansy wystąpienia i prowadzenia programów. Jest to
niesprawiedliwe” - kończy swój list.
Co tak
zbulwersowało Zdobysława G.?
Otóż któregoś
wieczoru rozmawiałem przed kamerami z mężczyzną w średnim wieku, który ma żonę,
troje dzieci, nieukończony dom i trzy stare miliardy długu do spłacenia.
Postanowił, że sprzeda do transplantacji swoje serce. Nie po śmierci, tylko
możliwie jak najszybciej. W związku z tym jest gotów zakończyć życie: „Oddam
ciało do zabicia, najlepiej w Niemczech”. Chodzi tylko o to, bym za pomocą
telewizji znalazł kupca, mordercę i był pośrednikiem w tej sprawie. Na swoje
nieszczęście wypowiedziałem w tej rozmowie fatalne w skutkach zdanie,
zaczynające się od słów: „Ale musi pan pomyśleć pozytywnie...”; potem opowiedziałem
o kilku sposobach wyjścia z bankructwa. Okazało się, że publiczna zachęta do
pozytywnego myślenia rozdrażniła wiele osób. Ujawniła się grupa ludzi, na czele
ze Zdobysławem G., którzy w ogóle nie przyjmują do wiadomości, że można o czymś
myśleć z nadzieją i nie widzieć we wszystkim katastrofy.
„Jak pan mógł
sugerować jakieś pozytywne myślenie? To zdanie odczułam jak cierń. Odebrałam to
jak policzek dla tego biednego człowieka!!!” – „Zofia znad Narwi”.
„Rząd wszystko
ignoruje, upadły zakłady pracy, upadły autorytety, jesteśmy dobijani przez
władców RP, a pan nam, zniszczonym ludziom, mówi, żebyśmy myśleli pozytywnie.
Skandal retoryczny!” - Ryszard W., Bydgoszcz.
„Z tą pozytywnością
to Pan zabrzmiał jak przedszkolak. Mam dziecko chore nieuleczalnie, a mąż pije
bez prawa do zasiłku. I ja też zacznę od pozytywnego myślenia?” - Elżbieta, lat
35.
Listów na temat
tego jednego zdania nadeszło więcej niż po programie z 57-letnią kierowniczką
supermarketu, która przekwalifikowała się na sadystkę w klubie sado-maso.
Okazało się, że niezwykle czujni są ludzie, dla których krzywda jest wartością
niepodważalną. Z krzywdy zrobili nie tylko sztandar, daje im ona powód do
psychologicznej satysfakcji. Nikt nie ma prawa skrzywdzonemu powiedzieć, że od
niego też coś może zależeć, choćby jego myślenie. Rzadko odpisuję na listy, ale
na kilka, które w tej lawinie nie były anonimowe, zdenerwowany odpisałem jednym
zdaniem: „Przepraszam, proszę pomyśleć negatywnie” i złożyłem podpis.
W rozmowie z
kandydatem na dawcę serca, oprócz zachęty do pozytywnego myślenia, na swoje
nieszczęście dodałem: „Weźmy zwalnianych górników, przecież nikt nie
powiedział, że górnik musi być do końca życia górnikiem. Dlaczego nie może
zostać stolarzem?”. To zdanie ujawniło inną kategorię myślową: „Dumne Żony
Górników”. Cytatów z ich listów oszczędzę. Jeszcze nikt mnie tak w życiu nie
obraził jak żony górników.
Do Piotra Najsztuba
przez długi czas pisywała dziewczyna, która wyobrażała go sobie jako własnego
ojca; zwierzała mu się jak autentycznemu ojcu. Z Krzysztofem Ibiszem pewna
nieznana mu kobieta umówiła się listownie na randkę. Zapowiedziała, że ma
czekać na nią na peronie, gdy przyjedzie o szóstej rano. Gwiazdor, rzecz jasna,
nie czekał, a o propozycji zapomniał. Po tygodniu dostał list, w którym pani
dziękowała mu za spotkanie i zapewniała, że róże, które dostała od niego na
peronie, już zasuszyła. Każda z nich ma swojego Najsztuba i swojego Ibisza.
Przywłaszczone
gwiazdy często nie mają świadomości, że ktoś nadaje im zupełnie nowe życie, na
które nie mają wpływu. Wizerunek osoby publicznej żyje życiem własnym. Mój
wizerunek na przykład w ogóle nie miał świadomości, że jest wzywany
telepatycznie. Kalina K. umówiła się ze mną w kawiarni około południa,
niestety, nic o tym nie wiedziałem. Nie zjawiłem się na spotkaniu i rozżalona
Kalina pisze: „Kontaktowałam się z Panem telepatycznie, ale widać nadawałam na
nieodpowiedniej częstotliwości”.
Najbardziej
upokarzający jest moment, gdy „ukazujący się” uświadamia sobie, że go nie ma. W
życiu nie istnieje, jest tylko ekranowym efektem. Zazwyczaj ludzie, gdy kogoś
nie znają, nie pokazują go palcem, nie komentują na głos fryzury czy ubioru w
taki sposób, aby nieznajomy komentarze usłyszał. Adam Hanuszkiewicz zaświadcza,
że przed wojną nawet uczono dzieci, iż nie wolno znacząco patrzeć na
nieznajomych. Należy spoglądać tak, by nie wprawić obcego w zakłopotanie.
Zupełnie inaczej ma się rzecz z postaciami znanymi z telewizora. Widząc kogoś
znanego na ulicy, przechodnie zachowują się tak, jakby w życiu ten człowiek nie
istniał: komentują na głos jego wzrost, wygląd, oceniają inteligencję i buty.
Umberto Eco tłumaczy, że ludzi zbija z tropu fakt, iż mieszkaniec zbiorowej
wyobraźni wtargnął niespodziewanie w rzeczywiste życie, i zachowują się w jego
obecności tak, jakby nadal był tylko mieszkańcem wyobraźni, jakby nadal był
uwięziony w telewizorze - można więc mówić bez obawy, że usłyszy.
Do pociągu relacji
Wrocław - Legnica wsiadły dwie kobiety, pewnie matka i córka. Córka weszła do
przedziału, matka stanęła na korytarzu jak wryta. - Co ja widzę?! - zaczęła się
wydzierać w moją stronę i niebezpiecznie zbliżać. - No co ja widzę?! Agnieszka,
chodź, coś ci pokażę! - Mamo, ja już siedzę - odezwała się z przedziału córka.
- Chodź, coś ci pokażę! - Mamo, daj spokój. - Chodź, do jasnej cholery!
Szesnastolatka w okularach wychynęła z przedziału, matka pociągnęłą ją za ramię
i ustawiła 30 centymetrów przede mną.
- Ty widzisz, co ja
widzę?!
- No. To on -
oceniła córka, nie przejmując się, że istnieję realnie w pociągu.
- Agnieszka, ale on
ma cienkie włosy. W telewizji to taki gość, nie?
- No.
Nagle obie straciły
zainteresowanie, weszły do swojego przedziału, zamknęły drzwi i... zasunęły
zasłonki. Słowem - wyłączyły telewizor.
Jeśli „ukazujący
się” w cudowny sposób objawi się na ulicy, tak jak obłok pary, nie ma ani
odczuć, ani godności, ani prywatności. W toalecie publicznej, gdy tylko zamknie
drzwi kabiny, może usłyszeć głos babki klozetowej: - Ludzie?! Wiecie, kto tam
się załatwia? - Kto? - pytają na siłę indagowani klienci WC. - Polsat się
załatwia! - pada odpowiedź.
Kilkuletnie już
obcowanie społeczeństwa z prasą plotkarską sprawiło, że narodziło się nowe
zjawisko. Niektórzy są szczerze przekonani, że nabyli prawo do ingerencji w
życie prywatne swoich ulubieńców. Fotoreportaż z łazienki aktora, zdjęcia
piosenkarki przy zlewozmywaku powodują poczucie fałszywej bliskości. Miewa ona
nieprzyjemne skutki. Gwiazda staje się zbyt swojska. Gdy oglądamy zdjęcia
gwiazd zachodnich (chociażby w magazynie „Viva”), zawsze pozują one na kanapach
w salonie albo na tarasach swoich rezydencji. Na zdjęciach Sophia Loren czy
David Duchovny nigdy nie oddają się żadnym prozaicznym czynnościom. Dzięki temu
odbiorca nabiera wrażenia, że chociaż gwiazdy jakoś tam pracują, to jednak
należą do klasy próżniaczej („Wy, panocku, to macie dobze, wyjdziecie se na
halę, cosik popiepsycie i jesce wam za to płacą” - powiedziała góralka do
Jerzego Stuhra). Gwiazda powinna próżnować na pokaz, jedynym jej zadaniem jest
istnieć, ozdabiać świat i już tylko za to należy się jej szacunek. Zaś
pozowanie z łyżką wazową czy froterką nie tworzy tego szacunku ani należytego
dystansu między gwiazdą a jej widzem.
Po lekturze
bulwarowych pisemek widz/czytelnik uważa, że skoro wie o gwieździe wszystko,
spotykając ją na ulicy, może zapytać o wszystko. - Spałeś pan z tą Kociubińską?
- to pytanie z użyciem nazwiska znanej modelki, zadane znienacka przez obcego
faceta, wyrwało mnie z zamyślenia. Było to w kolejce po odbiór bankowych
czeków. Zauważyłem, że wyrwało z zamyślenia całą kolejkę.
Odpaliłem, że na
takie pytania nie odpowiada się w banku.
- Aleś mi ważny -
podsumował gość.
Oprócz „grupies” -
nastolatek, które podróżują z zespołami rockowymi jako pogotowie seksualne -
istnieje grupa młodych kobiet, które może nie są tak wyzwolone, lecz podobnie
zdeterminowane w dążeniu do poznania gwiazd osobiście. Nie o seks im chodzi,
tylko o ogrzanie się w czyimś blasku. U Gracji G. byłem chyba 86. na liście:
„Miałam 8 lat, gdy
pierwszy raz napisałam do gwiazdy piosenki, była nią Irena Jarocka. Gdy po
koncercie Izabela Trojanowska wpisała mi w zeszycie maksymę: >Tęp wady w
ludziach, ludzi kochaj<, długo nie doceniałam tej treści. Ale wciąż czuję
perfumy, którymi Ona pachniała. Dostaję tak wiele zdjęć Kory, że zaczynam je
wklejać do albumu, jakby była z rodziny. Piszę do Urszuli, odpisuje mi i
zaznacza: >Pisz o wszystkim!<. Zaufałabym we wszystkim Januszowi
Panasewiczowi, Krzysztofowi Cugowskiemu, Grzegorzowi Markowskiemu. Grzegorz
odpisał mi, jaki jest na co dzień, że pod nieobecność żony pierze, gotuje i
myśli o wybraniu szamba. Trzy razy gościłam w domu Jana Nowickiego. Te
spotkania są jak bagaż. Jednak żadna z tych przyjaźni nie nabrała rumieńców na
dłużej...”.
Przed spodziewanym
końcem świata otrzymałem sporo ostrzeżeń. Ślusarz spod Szczecina wyjawia
tajemnicę, że światem rządzi tajna organizacja Selekta, która doprowadzi do
zamachu na Madeleine Albright. Nie są to wcale Żydzi, ale zupełnie inna grupa
wpływająca na losy narodów. Ślusarz błaga, abym wykorzystał możliwości i zajął
się tą sprawą w telewizji, zanim będzie za późno i wszyscy zginiemy. Za to inna
telewidzka żąda czegoś przeciwnego - abym przestał występować, propagować seks
i zbrodnie. Jeśli nie zaprzestanę, Pan Bóg się zemści: „wyleją się morza, a
lądy rozpadną na drobiny”.
Powiem szczerze -
ciężko czasem w nocy zasnąć prezenterowi telewizyjnemu z kulą ziemską na piersiach.