|
Tajemnice polskie
|
Nie jest to reportaż, ale serial lekko publicystyczny, który pisałem w 2000 roku do Gazety Wyborczej
Tajemnice polskie, odcinek 1
Bez butów w obcym mieszkaniu czuję się jak wojownik pozbawiony miecza
Odkrycie w 1995 roku, że disco polo sprawia przyjemność większości narodu, było dla polskiej inteligencji szokiem. Ujawniło ono wtedy, że nie zna ona swojego społeczeństwa, co więcej - z obrzydzenia, z jakim inteligent reagował na fakt masowego słuchania disco polo, wynikało, że nie ma on żadnej potrzeby ani ochoty owo społeczeństwo zrozumieć. Niedawno uczestniczyłem w przyjęciu, gdzie dominowały trzy grupy światłych osób - ludzie kultury, bankowcy i dziennikarze. Zadałem im więc zagadkę socjologiczną. Dlaczego podczas upału na wiejskich weselach już na wstępie podaje się gorące flaki? Dlaczego nie chłodnik? Półmiski z wędliną i sałatką stoją już na stołach, ale nie wolno ich ruszyć co najmniej przez trzy godziny. Najpierw w trzydziestostopniowym upale należy zjeść pełny i gorący obiad, rozpoczynając od flaków. Niestety, nie padła ani jedna prawidłowa odpowiedź. Wszyscy odparli, że albo się z tym zwyczajem nigdy nie spotkali, albo że owszem spotkali się, ale nigdy nad nim się nie zastanawiali. - Po prostu taki jest zwyczaj - mówili. Ale to tłumaczenie jest chyba zbyt powierzchowne. Tylko jedna osoba stwierdziła, że skoro na weselu pije się dużo wódki, tradycyjnie należy zrobić pod nią podkład w żołądku: najlepiej tłusty rosół lub flaki, żeby szybko się nie upić. Argument jest dyskusyjny, bo przecież wesele nie musi zaczynać się od wódki, może się zacząć od lekkiego aperitifu. Zwłaszcza w upał.
Odpowiedzi na flaki należy szukać w psychice. Wesele musi zacząć się od flaków, gdyż chłodnik to "biedna" zupa. Chłodnik jest zbyt skromny, flaki za to świadczą o bogactwie gospodarzy. Flaki są świadectwem tego, że panuje obfitość. Dlatego też wędliny i spocona sałatka, mimo żaru, mimo że nie są jedzone w pierwszej kolejności, muszą czekać, muszą wysypywać się z talerzy, bo są świadectwem bogactwa. Stoły z pustymi nakryciami nie zrobiłyby należytego wrażenia, gdy przyjdą goście. Obfitość jest pożądana i oczekiwana: "No mówię ci, Hela, ale było bogato". Flaki są autentycznym wyrazem szacunku dla gości.
Poprosiłem badaczy życia społecznego o przeanalizowanie tych zachowań społecznych, które mnie męczą i nie dają spokoju. Dziś pierwsza z polskich tajemnic, których jeszcze nie zdążyli zbadać socjologowie. Tajemnica 1: Dlaczego Polacy ściągają buty, przychodząc do obcego mieszkania" Zdarzyło się, że stałem 17 minut w cudzym przedpokoju, a nade mną i gospodarzami wisiała ciężka atmosfera wyczekiwania. Ja czekałem, aż mnie wpuszczą w butach, oni - że wejdę w damskich klapkach, które mi przygotowali. Zazwyczaj nie ściągam butów, a gdy trzeba, tłumaczę dlaczego. Bez butów czuję się okaleczony. Bez butów w obcym mieszkaniu jestem bezbronny, czuję się jak wojownik pozbawiony miecza.
W wielu rodzinach kolportuje się zdjęcia z przyjęć komunijnych i chrzcin w M4 - mężczyźni w garniturach, pod krawatami i w samych skarpetkach. Zdjęcie z sylwestra w podwarszawskiej willi - panie w kapciach do długiej sukni. Czy nie czują niestosowności? - Skąd pan to wziął, gdzie pan to widział? Czy pan aby tego wszystkiego sam nie wymyśla? - zaniepokoił się prof. Janusz Tazbir, historyk. - Panie profesorze, tak robią wszyscy. - Ja jeszcze nie widziałem. Dr Wiesław Kot, krytyk literacki, publicysta: - W Polsce żarty kończą się na progu własnego mieszkania. Jeżeli stawiam w pokoju gościnnym meblościankę ze Swarzędza, a podłogę wykładam dywanem z Kowar, to ten dywan i ta meblościanka to jestem cały "Ja". "Ja" pokrywam parkiet i "Ja" dekoruję ścianę główną. "Ja" domaga się szacunku. Nie wchodzimy w butach nikomu do duszy, nie wchodzimy w butach na dywany. Prof. Maria Szyszkowska, filozof: - To jest wyraz drobnomieszczańskiego szacunku dla rzeczy, dla czystej podłogi. Ma być ona ważniejsza niż kompozycja stroju gościa. Wszak buty są istotnym elementem ubrania. W ściąganiu butów wyraża się niskie znaczenie przeżyć estetycznych. Dr Katarzyna Korpolewska, psycholog: - Ściągając buty, pokazujemy, że wierzymy, iż pani domu sprząta. Doceniam jej pracę, szanuję i wiem, że tutaj zawsze jest czysto. Ściąganie butów tworzy też intymną atmosferę. Możemy poczuć się swojsko. Mimo że masz garnitur, czuj się jak u siebie. Krzysztof Zanussi, reżyser: - Buty zdejmują ludzie ze społeczności wiejskich, którzy podłogę w domu traktują jako element nobilitujący. Domy we wsiach szlacheckich różniły się od domów we wsiach nieszlacheckich właśnie podłogą. Szlacheckie ją miały, a pozostałe miały klepisko. Tomasz Raczek, krytyk filmowy: - Zabłocone buty, po przyjściu z pola, zostawia się przed izbą. Rzeczy przeniesione z dzieciństwa zostają na całe życie. - Ale, drodzy państwo - mówię - przecież jadąc na uniwersytet do wielkiego miasta, nabiera się nowych nawyków i zwyczajów. - Nawet studia nic nie pomogą - dodaje prof. Teresa Smółkowa, językoznawca. - Co z tego, że przebywam w metropolii, kiedy w akademiku mieszkam z ludźmi, którzy też skądś przyjechali i mają te same nawyki. Środowisko jest ciągle to samo, więc młody człowiek nie ma gdzie podpatrzyć, jak się zachować. - A przecież Alexis, przychodząc do Blake'a już po rozwodzie, nigdy nie ściągała butów - zastanawiam się na głos. - Czy ludzie tego nie zauważyli? Jak należałoby namówić społeczeństwo, aby nie ściągało butów w gościach? - Należy dać pod rozwagę, czy mniejszą dolegliwością jest trochę piachu na podłodze, czy zapach po ściągnięciu butów - podsuwa Krzysztof Zanussi. - Jeśli już tak chcą ściągać, to niech przed pójściem w gości założą grube skarpety. Bo jak mężczyzna staje w cienkich skarpetach na gołej podłodze, to jest koszmar. Cienkie skarpety po ściągnięciu butów zawsze są trochę wilgotne - tłumaczy Tomasz Raczek. - I do takich lekko wilgotnych wszystko z podłogi się przyczepia. - A ja - dodaje prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny - widzę w ściąganiu butów samonapędzające się koło higieny narodowej. To bardzo pozytywne zjawisko. Otóż gospodyni jest zobowiązana do szczególnie starannego wyszorowania podłóg, jeśli ktoś z gości mógłby przyjść akurat w białych skarpetkach. Goście, aby uniknąć konfuzji, muszą założyć na wizytę czyste i niedziurawe skarpety. Czyste skarpety zaś skłaniają do umycia nóg. Profesor Czapiński przypomina sobie, że już w latach 60. Amerykanie badali mieszkańców różnych krajów, żeby wyróżnić zachowania właściwe tylko dla danego społeczeństwa. Okazało się, że Polaków charakteryzował zwyczaj nigdzie nie spotykany: używanie dwóch ręczników do wycierania, jednego do ciała, drugiego do stóp. Prof. Maria Szyszkowska uważa, że oddzielnego ręcznika używa się nie do twarzy, ale właśnie do nóg, bowiem nie ceni się u nas głowy, zaś stopy bywają w skali powszechnej chore na grzybicę. - Co intuicyjnie podpowiada, by je separować od reszty ciała - tłumaczy. Profesor Czapiński zaznacza, że stopy dostawały ręcznik gorszy, właściwie tańszą ściereczkę, a górne partie - luksusowe wycieradełko frotte. - Z mydłami było podobnie - mówi profesor - pachnące do buzi, szare do nóg.
Tajemnice polskie, odcinek 2
Dziś m.in. tajemnica kawy w szklance
Czy nasze społeczeństwo rozumie samo siebie? Badaczy życia społecznego proszę o wyjaśnienie pewnych polskich fenomenów, których nie zanalizowali jeszcze socjologowie. Są to zachowania, które mnie męczą i nie dają spokoju. Tajemnica 2: Dlaczego Polacy mówią chętnie "pieniążki", a nie "pieniądze""
Przyczyn tego zachowania zacząłem szukać w uwarunkowaniach historycznych. Jednak prof. Janusz Tazbir zanegował całą tezę: - Jakie pieniążki? Nie rozumiem, o co panu chodzi. Przecież tak nikt nie mówi. Chyba tylko księgowi. - Panie profesorze, tak mówią wszyscy. - Ja jeszcze nie słyszałem. Tomasz Raczek, krytyk filmowy, złożył zastrzeżenie: - Tak nie mówi inteligencja. Tak mówią tzw. prości ludzie. Filozof prof. Maria Szyszkowska: - Używając tej pieszczotliwej nazwy, zupełnie niechcący wyrażają czułość, a co za tym idzie - swoje przywiązanie do wartości materialnych, zaś w Polsce wypada cenić wartości duchowe. - Bo "pieniądze" są czymś brutalnym, a "pieniążki" - przyjemnym - wyjaśnia dr Katarzyna Korpolewska, psycholog. - Wynika z tego, że Polaków łączy z własnymi pieniążkami stosunek miłosny z odrobiną poczucia wyższości - syntetyzuje prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny. - Ale pieniądze cudze to "forsa" albo "szmal" - nadmieniam. - Wobec szmalu w obcym portfelu jesteśmy pełni pogardy - mówi profesor. - Mimo dziesięciu lat kapitalizmu - wyjaśnia historyk dr Andrzej Kunert - pieniądze to coś "be", coś niedobrego. W związku z tym musimy je zaczarować, sprawić, by były czymś akceptowalnym. A nazywając pieszczotliwie, oswajamy je. Reżyser Krzysztof Zanussi: - Polacy omijają słowo "pieniądze" z braku tradycji mieszczańskich. O pieniądzach nie umiemy rozmawiać. Tomasz Raczek: - Pieniądze przez dziesięciolecia nie były związane z pracą, nie było w nich wysiłku, w związku z tym stały się "pieniążkami". Nie ma w tym słowie potu.
Zwróciłem się więc do Obserwatorium Językowego Polskiej Akademii Nauk. Tak jak obserwatoria astronomiczne szukają nowych gwiazd, tak językoznawcy PAN szukają nowych wyrazów. Liczyłem na potwierdzenie, że "pieniążki" zagnieździły się w języku dopiero po 1989 roku. "Pieniążki" - nie jako potoczne określenie grosików, ale tego, co zarabiamy i wydajemy. Profesor Teresa Smółkowa, językoznawca, cytuje, że "pieniążki płynęły jak woda" już u Reymonta, ale jemu raczej chodziło o drobne monety. W PRL, w "Słowniku języka polskiego" pod redakcją Doroszewskiego, "pieniążek" jest także tylko drobną monetą. W "Słowniku polszczyzny potocznej" są "pieniądzory". I wiadomo, kiedy po raz pierwszy były publicznie użyte: 1 listopada 1983 r. Niestety, siedemnaście lat temu o "pieniążkach" jeszcze nic nie było wiadomo. Pojawiają się dopiero w 1996 r. w "Słowniku współczesnego języka polskiego" pod redakcją prof. Dunaja: "Zarabiać mało pieniążków - zwykle w liczbie mnogiej, ż a r t o b l i w i e o finansach". - Nie zgadzam się z tym. Tu nie ma żartu - oponuje prof. Smółkowa. - Słowo zostało źle zakwalifikowane, nie jest to forma żartobliwa. Przecież to jest forma nacechowana emocjonalnością.
Wysłałem faks do Szwecji, gdzie mieszka pisarka Manuela Gretkowska, gdyż słowo "pieniążki" pojawiło się w jej ostatniej książce. "Mamy kolejny >>cud nad Wisłą<<, czyli cud języka polskiego" - odpisała. "Pieniądzem obracają przedsiębiorstwa i biznesmeni. A taką sumką od pierwszego do pierwszego, czyli pieniążkami - zwykli obywatele. W słowie >>pieniądz<< kryje się moc (ta dobra i zła), a pieniążek w portfelu jest zawsze skromny, porządny i stwarza możliwostki. Bo na możliwości, z braku prawdziwego pieniądza, nas nie stać". Tajemnica 3: Dlaczego Polacy piją kawę w szklankach" Krzysztof Zanussi, szczerze zaskoczony: - Gdzie pije się w szklankach? Nie spotkałem się z tym zjawiskiem. Pan miał z taką kawą w szklance do czynienia? Zaniemówiłem. Wydawało mi się, że w wielu filmach kina moralnego niepokoju bohaterowie piją kawę w szklankach, a powolne mieszanie łyżeczką jest filmową metaforą emocjonalnych napięć. W mojej pamięci Zbigniew Zapasiewicz ciągle porusza łyżeczką w szklance. Jednak Krzysztof Zanussi pozbawia mnie złudzeń: - Sporo podróżowałem po Polsce - mówi - i naprawdę nie widziałem, aby ktoś pił kawę w szklance. Na wszelki wypadek poprosiłem Remigiusza Grzelę (autora rozmów z twórcami kultury pt. "Rozum spokorniał"), aby sprawdził, czy w jego rodzinnym Starogardzie Gdańskim pije się jeszcze kawę w szklankach. Doniósł, że tak. Poprosiłem Artura Krasickiego, poetę neodadaistycznego, aby zbadał to w rodzinnym Przemyślu. Oznajmił, że w szklankach. Zatelefonowałem też do pani Reginy Adamczykowej, sąsiadki moich rodziców w Złotoryi. - Złotoryja pije w szklankach - doniosła po sprawdzeniu.
Uświadomiłem sobie, że bohaterowie Krzysztofa Zanussiego, owszem, mieszali, tyle że herbatę. Herbata lepiej się filmuje, bo jest przezroczysta. Na szczęście prof. Szyszkowska, dr Korpolewska, prof. Czapiński, red. Raczek oraz Wiesław Kot, dr literatury i publicysta, widzieli osoby pijące kawę w szklankach. Prof. Szyszkowska zauważa w tym wpływ kultury rosyjskiej. Dr Kot praźródło owego zachowania umiejscawia w czasie okupacyjnej nocy: - Podczas bombardowań szkło szło "w drebiezgi", więc podać komuś kawę w szklance znaczyło: uczcić. - Ale zastanawia mnie jedno - mówię. - Polacy namiętnie oglądają telenowele. I w polskich, i w wenezuelskich telenowelach podaje się kawę z ekspresu w filiżankach. Dlaczego te wzorce nie przenoszą się do codziennych zachowań? A może, skoro telenowela jest bajką, trudno traktować ją poważnie? Profesor Janusz Czapiński wymienia kilka powodów picia kawy w szklance: 1. Filiżanki są zazwyczaj mniej pojemne, a Polak lubi sobie wypić. 2. Szklanki są bardziej demokratyczne i tańsze, a dzięki temu, że występują w mniej zróżnicowanych wersjach niż filiżanki, łatwiej je utrzymać w komplecie. 3. W szklance łatwiej jest ocenić, jak wysoko sięgają fusy, a przez to jak szczodry jest ten, kto nas kawą częstuje. - Otóż to - dodaje dr Korpolewska - kawa w szklance oznacza, że jesteś gościnny. Dajesz dużo! Z całego serca i w dodatku widać, ile tej kawy jest. Widać, że nie jest to kawa oszukana. A co widać przez filiżankę? Nic. - Do tego w Polsce podaje się też wodę i soki w literatkach, takich maleńkich szklaneczkach. Też właściwie nie wiadomo dlaczego - konstatuje Tomasz Raczek. - To znaczy wiadomo jedno: tak uczono przez cały PRL w technikach gastronomicznych. - Rzeczywiście - doznaję olśnienia - w Polsce Ludowej nieznane były duże szklanki do napojów. Red. Raczek zaobserwował ciekawe zjawisko: w sklepach jest coraz mniej zwykłych typowych szklanek. Ale to nie oznacza, że wypierają je filiżanki. Cykl był bowiem następujący: 1989-90: szklanki zwykłe zostają wyparte przez szklanki z uszkiem, często z ciemniejszego szkła; 1991-96: szklanka z uszkiem zadomawia się jako forma przejściowa między szklanką a filiżanką; 1996-99: szklankę z uszkiem zastępuje kubek, najpierw z uszkiem, potem bez. - Kubki są wygodniejsze, tyle że dla mnie są ciągle odmianą szklanki - kończy ze smutkiem Tomasz Raczek. - Znów dochodzi do głosu brak przeżyć estetycznych, jak w przypadku ściągania butów w obcym mieszkaniu - dodaje prof. Szyszkowska. A może ten, kto pije w szklance, jest "swój człowiek", jest "nasz"? - zastanawiam się. - Racja - zgadza się pani Adamczyk ze Złotoryi - bo jak ktoś pije w filiżance, to jednak się trochę wywyższa.
Tajemnice polskie, odcinek 3
Gdy Polak wrzuca piąty bieg, czuje się jak kosynier pod Racławicami
Przez ostatnie dziesięć lat w Polsce utarło się, że do nazwiska Koza najbardziej pasuje imię Roksana. Do nazwiska Wiadro odpowiednie jest Dżonatan. Do Żołądek - Dagmara.
Ponieważ czuję, że jesteśmy społeczeństwem, które chce samo siebie poznawać, poprosiłem badaczy życia społecznego o przeanalizowanie tych zachowań społecznych, które mnie męczą i nie dają spokoju. Są to fenomeny, których jeszcze nie zdążyli zanalizować socjologowie. Co do Dagmary Żołądek, wiadomo: społeczeństwo na dorobku potrzebuje uszlachcenia. Kiedy staniemy się społeczeństwem cywilizacyjnego dosytu, powróci poczucie wartości polszczyzny. Przynajmniej taką teorię ma profesor Miodek.
Tajemnica czwarta: Dlaczego na polskich drogach tak trudno zmienić pas ruchu" Dlaczego tak niechętnie wpuszczamy przed siebie inny samochód, który wysyła do nas sygnał kierunkowskazem? Przecież inni kierowcy za chwilę też będą chcieli zjechać na drugi pas i ich też nikt nie wpuści. Dlaczego nie mają wyobraźni? Badacze podzielili się na dwie grupy. Pierwsi przyczynę tej patologii widzą w rycerskości. Na przykład według psychologa Janusza Czapińskiego droga to dla Polaka arena zmagań rycerskich i nie ma na niej sentymentów. "To je moje, gdzie stoje, (czytaj: jade)". Pisarka Manuela Gretkowska sformułowała nawet określenie "Polak zakuty w fiata". - Polak zakuty w swojego fiata albo daewoo, czyli metalicznie połyskującą zbroję samochodu, czuje ducha rycerskich przodków. Czy w husarskiej szarży ktoś komuś ustępował miejsca? Nawałnica parła naprzód, a krew rozbitych wrogów znaczyła drogi do chwały - obrazuje Gretkowska. - Na A4 Polak ma swoją Samosierrę - dodaje Wiesław Kot, publicysta i krytyk literacki. - Samopoczucie Polaka, gdy wrzuca piąty bieg, to kalka tych przeżyć, jakie mieli pod Racławicami kosynierzy, usłyszawszy z ust Naczelnika: "Weźcie mi chłopcy te armaty!". To zachowanie na drodze, nieznane w Szwecji i Niemczech, ale bardzo znane na Ukrainie i Białorusi, ma oprócz rycerskości także swoje chłopskie źródło. Reżyser Krzysztof Zanussi wypowiada prawdę, której jeszcze nikt publicznie nie odważył się oznajmić, ale nadeszła na to pora: - Otóż Polacy są kierowcami w pierwszym pokoleniu. Reżyser Witold Orzechowski idzie dalej: - Wielu kierowców ma pochodzenie chłopskie, zaś życie wielkomiejskie wymaga współżycia. Chłop mieszka w indywidualnej chałupie i nie musi liczyć się z sąsiadem. Gdy widzi, że ktoś daje znak kierunkowskazem, to czuje, że obcy chce mu zajechać drogę, a to jest dla niego niedopuszczalne, bo to mu depcze godność, ośmiesza go. Niemożność zmiany pasa ruchu bierze się więc z lęku przed ośmieszeniem. - W tej sytuacji kierowca dodaje gazu, żeby nie dać się poniżyć - opowiada Orzechowski. - Gdyby tak na trasie Szczecin - Warszawa 50 razy przepuścił innych, to 50 razy byłby ośmieszony. I tak musiałby wrócić do domu stłamszony psychicznie. Poza tym życie w Polsce nauczyło ludzi wykorzystywania każdej szansy. Wstawić nogę między drzwi! Wyprzedzić! Przepchnąć się! - Gdyby kierowca w Polsce wpuścił inny samochód przed siebie, musiałby zmniejszyć prędkość. To oznaczałoby, że jedzie wolniej i jest mniej sprawny - rozumuje psycholog, dr Katarzyna Korpolewska, która ma teorię, że tak się zachowuje społeczeństwo ludzi, którzy nic nie mogą. Na szosie odreagowuje się powszechne poczucie niemożności, poczucie, że na nic nie ma się w życiu wpływu. - I wreszcie coś naprawdę mogę - mówi dr Korpolewska. - Mogę faceta nie przepuścić. Jedyną możliwą sytuację, w której natychmiast nawet nieproszeni zjeżdżamy na pobocze, aby przepuścić inny samochód, wyobraża sobie "Wampir" Wojtek Jagielski: - Dzieje się tak, jeśli tylko mamy za sobą BMW z ciemnymi szybami, a w środku cztery ogolone głowy pędzone na sterydach.
Tajemnica piąta: Dlaczego w polskim Warsie pije się w styropianie i plastiku" W czeskich pociągach piwo podają w szklankach do piwa, a wino - w szklanych (!) kieliszkach do wina. Oczywiście w niemieckim wagonie restauracyjnym nawet kawę pije się w filiżankach z porcelany, jednak Niemcy są na innym etapie cywilizacyjnego rozwoju i to zjawisko nie wymaga tłumaczeń. Czechy zaś są krajem porównywalnym z naszym, w dodatku mamy wobec Czechów ogromne poczucie wyższości. Jak wytłumaczyć więc tę zaskakującą różnicę? Kot: - Czesi piją piwo dla smaku, my po to, aby w sposób przyjemny przestać na jakiś czas istnieć. Fachowcy nazywają to "piciem samobójczym". Czy przyszły wisielec wybrzydza, że jego sznur jest z sizalu, a nie konopi, a w dodatku ma mało twarzowy kolor? Zanussi: - Praktycyzm amerykański wszedł w naszą pustkę, w brak obyczaju. Prof. Maria Szyszkowska, filozof: - Pijąc w plastikowych kubkach, stajemy się rzekomo nowocześni. Czapiński: - Polacy są największymi na świecie naśladowcami amerykańskiego stylu życia. Między innymi przez te jednorazowe kubki uważa się nas za konia trojańskiego USA w jednoczącej się Europie. Szyszkowska: - Decyduje o tym zwyczaju brak estetyzmu cechujący Słowian. Czesi zaś pozostają pod wpływem niemieckiej kultury przesyconej estetyzmem. Czapiński: - Kultura picia, podobnie jak każda inna kultura, jest nieracjonalna: wymaga wysiłku (mycie szklanych kufli i kieliszków) i jest niezdrowa (wielość ust na krawędzi jednego pucharu). Cieszę się, że Polacy tak szybko to za Amerykanami pojęli i wprowadzają w życie. Dziś jesteśmy cywilizowane higienicznie paniska. Co nas obchodzi jakiś zacofany Czech ze szklanym kuflem w ręku. My od 1980 r. kochamy styropian.
Zupełnie inną teorię prezentuje krytyk filmowy red. Tomasz Raczek: - Pijemy w styropianie, bo kradną! Przecież we wszystkich firmach giną łyżeczki i szklanki. Co da się umyć i można postawić na półce w domu - jest kradzione. Najwięcej naczyń ginie w firmach w piątek, przed imprezami. Młodzi pracownicy kradną je do swoich wynajętych kawalerek. Powszechne złodziejstwo dotyczy też Warsu, i to całe wytłumaczenie - stwierdza Raczek. - Może czas ogłosić szczerze - mówię - że 50 procent społeczeństwa okrada drugie 50? Co państwo na to?
Tajemncie polskie, odcinek 4
Warszawa nie leży nad Wisłą, Warszawa nad Wisłą kuca
Dostałem anonim. Pismo wskazuje na osobę starszą (grafolog dodałby - mężczyznę). Autor przeczytał dotychczasowe odcinki "Tajemnic" i oznajmia, że tak jak przewidywał, znów ">>Gazeta Wyborcza<< upieprza naród". "Czemu służy - pyta - takie wyśmiewanie się z naszego społeczeństwa? Dlaczego pan Wróbel nie analizuje Włochów, którzy publicznie w restauracjach grzebią wykałaczką między zębami, albo Włoszek, które masowo pod pachami nie golą włosów? Dlaczego naród, który dzielnie zniósł niewolę, teraz musi znosić ataki ze strony człowieka i redakcji, która po prostu polskości nie cierpi?"
Szanowny Anonimie, ja to wszystko piszę z miłości. Kocham społeczeństwo, w którym żyję, i dlatego chciałbym je lepiej rozumieć. Jeśli u obcych ludzi w domu każą mi ściągać buty, chcę wiedzieć dlaczego. Jeśli podają sypaną kawę w szklance, chcę wiedzieć, jaka tradycja historyczna za tą szklanką stoi. Mam taką cechę, że jak coś zrozumiem, to się lepiej czuję.
Tajemnica szósta: Dlaczego Warszawa nie leży nad Wisłą?
Stolice europejskie są przytulone do swoich rzek. Londyn, Paryż, Rzym, a nawet Praga nad rzekami mają najpiękniejsze pałace. Bulwary przyciągają spacerowiczów. Nad Wisłą zaś "teren jest żałosny" - pisała "Gazeta Polska" jeszcze przed wojną - "jakieś doły, mielizny, cuchnące, bagniste bajora, kupy śmiecia, zmaltretowana trawa, porzucone graty i nad wodą przystanie przypominające kurniki". - Przecież Warszawa, w przeciwieństwie do innych cywilizowanych stolic, nie dotyka swymi najbardziej reprezentacyjnymi kamienicami rzeki. Najważniejsze kamienice są bowiem na Starym Mieście i stoją do rzeki tyłem - zauważa reżyser i amator architektury Witold Orzechowski, który pierwszy w mediach zadał pytanie, czy Warszawa w ogóle leży nad Wisłą. Zauważył, że nikt nie zauważył Wisły. - Stwierdzam, że Warszawa jest odwrócona "d..." do swojej rzeki. - Przepraszam pana bardzo - nadmienia profesor Janusz Czapiński, psycholog społeczny - Warszawa jest odwrócona dwiema "d...". Od strony lewej i prawej. Skorygowałbym też sformułowanie "leży" - ciągnie profesor. - Ściśle biorąc, Warszawa kuca nad Wisłą. I to widać i czuć. Czy ktokolwiek normalny by się w takim miejscu położył? - Nie sądzę, że smród z rzeki powoduje odrzucenie tej rzeki - ripostuje eseista i historyk Arkadiusz Pacholski ("Pochwała stworzenia"). - Bowiem smród w autobusach Polakom zupełnie nie przeszkadza. Zwróćmy też uwagę, że Wisła równa się woda, woda zaś w Polsce kojarzy się z myciem, a ono, jak wiadomo, nie jest miłe - dodaje.
Zatelefonowałem do "Wampira" Wojtka Jagielskiego, któremu do głowy przychodzą natychmiastowe skojarzenia. Posłuchał dywagacji o Wiśle i odrzekł: "No i dobrze! Nie będzie nam jakiś Amsterdam czy Paryż swojej mody narzucał!". Może ignorowanie rzeki przez ostatnie pięćdziesiąt lat bierze się z dziwacznego charakteru Warszawy? Chyba najlepiej tę dziwaczność wyraził Kisiel w powieści "Cienie w pieczarze": "... od 1939 r. dzieje się w tym mieście, nie wiedzieć co, (...) wyznaczyły tu sobie spotkanie wszystkie szaleństwa, a także zwykłe bziki Wschodu i Zachodu". Postanowiłem więc zagadnąć jakiegoś pisarza. Magdalena Tulli, opisująca w książce "Sny i kamienie" miasto-fantom, w którym nie dopuszcza się przypadkowości i brudu, nie ma jednak żadnej odpowiedzi. - Właściwie nic na ten temat nie myślę - wyjaśnia pisarka. - Szczerze mówiąc, nie zajmuję się myśleniem.
Szczerze mówiąc, rola rzeki prawie nikogo nie zajmuje. - Ale dlaczego gdy polscy architekci jeżdżą do Paryża i widzą bulwary zbudowane 150 lat temu przez Georges'a Haussmana, to nie wracają do Warszawy z pomysłem, aby stworzyć tu jakiś piękny bulwar? - pyta Witold Orzechowski. - Bo Polacy i dawniej, i dziś nie myślą urbanistycznie - odpowiada sobie reżyser. - Świadczy o tym chociażby XVII wiek, kiedy wszystkie reprezentacyjne budynki projektowali w Polsce Włosi. Myślenie urbanistyczne zawsze było nam obce. Architekt i urbanista Andrzej Kiciński jest jednak autorem rekonstrukcji Szarej Willi przy Wisłostradzie, którą to willę zaprojektował frontonem do rzeki. Był też autorem artystowskiej idei zbudowania osiedla mieszkaniowego na sztucznej wyspie umieszczonej na Wiśle. - Warszawiacy nie cierpią wody - tłumaczy architekt. - Wielokrotnie zostało to sprawdzone. Na świecie woda ma niesłychane znaczenie i jest dla miast dobrodziejstwem. Poprawia klimat, daje światło, gdyż słońce odbija się od luster rzeki i kanałów. W Warszawie wszystkie współczesne próby połączenia miasta z jego rzeką rozbijają się o dwa argumenty. Pierwszy: "Że ktoś może do wody wpaść", drugi: "Będą do wody wrzucać śmieci". Woda to dla warszawiaków i ich urzędników wyłącznie błoto, brud i komary. Psycholog dr Katarzyna Korpolewska ma teorię, którą wywodzi z osobistego wspomnienia: - Gdy byłam małą dziewczynką, pojechałam na plażę nad Wisłą z naszą gosposią. Potem opowiedziałam o tym koleżance z dobrego domu. Usłyszałam, że nad Wisłę chodzą wsiochy. I tak też plaże nad Wisłą były traktowane - jako radość dla ludzi z przedmieść, zabawa dla gawiedzi z Młocin.
- A może - zastanawiam się - to zaborcy ponoszą winę. - Gdy przebudowywano Paryż, my byliśmy w niewoli. - Bzdura! - protestuje reżyser Witold Orzechowski. - Praga i Budapeszt też były pod zaborami, a bulwary mają. A kto nam zafundował kolej w Królestwie Polskim? Właśnie zaborca. To car był twórcą naszej kolei. Przyczyny są gdzieś indziej. - Warszawa nie leży nad Wisłą, bo rzeka ta jest nieuregulowana. Bano się budować coś ważniejszego nad rzeką, która mogła wylać - z taką tezą występował Tomasz Raczek, krytyk filmowy. - Poza Odrą, która jest kontrowersyjnie polską rzeką, wszystkie pozostałe są nieuregulowane. - Ale dlaczego nie mamy czegoś, co inni mieli już w XVIII wieku? - pytam. - Bo uregulowanie rzeki - tłumaczył red. Raczek - wymaga przejrzystych planów na lata. Wymaga wielkich inwestycji. Wymaga wewnętrznego porządku i dyscypliny publicznej, której od czasów liberum veto nie ma. To jest ten sam problem co z autostradami. Mogły się udać w Cesarstwie Rzymskim, mogły w Cesarstwie Niemieckim, a w Polsce - nie. Inwestycje te są sprzeczne z naszymi cechami narodowymi. - A chwalić się lubimy głównie krzywdami, jakie nam wyrządzono - zauważam. - Czym chwalą się Polacy, gdy goszczą Amerykanina? - mówi Orzechowski. - Chwalą się, co im Ruscy i Niemcy zabrali. - Odpowiedź, dlaczego Warszawa nie leży nad Wisłą, jest prosta: "Bo naprawdę wciąż stoją Rosjanie, a w Śródmieściu wciąż trwa Powstanie" - kończy dziennikarz i krytyk literacki Wiesław Kot zamieszkały w Wielkopolsce.
Tajemnica siódma: Dlaczego Polacy mówią cicho w restauracjach?
Inne nacje w miejscach publicznych mówią zdecydowanie głośniej. Część badaczy nie podjęła tematu. Ani historyk Andrzej Kunert, ani reżyser Krzysztof Zanussi, ani psycholog Janusz Czapiński, ani red. Tomasz Raczek nie zauważyli tego zjawiska na skalę masową. Wyjaśniłem, że nie chodzi mi o młodzież w pubach, która nie ma zahamowań i zachowuje się bardzo swobodnie, nie chodzi mi też o głośnych pijaków w podrzędnych knajpach. Myślę o inteligentach między 35. a 65. rokiem życia, którzy na tle cudzoziemców w warszawskich restauracjach wypadają jak ludzie wstydliwi, którzy nie czują się swojsko we własnym kraju. Filozof Maria Szyszkowska: - Bierze się to z kompleksów i z lęku, co inni o mnie pomyślą. Wspomniany Arkadiusz Pacholski uważa, że główny przedstawiciel funkcjonalizmu w antropologii społecznej Bronisław Malinowski na pytanie, dlaczego Polacy mówią cicho, odpowiedziałby: "Bo i tak się słyszą". Więc po co głośno? - Natomiast historyk prawicowy - przypuszcza Pacholski - udowodniłby, że to komuna nauczyła nas mówienia cicho, bo nigdy nie wiadomo, kto tego słucha. - Polacy w restauracji konspirują przeciw hitlerowcom, komunie, a nawet przeciw panu kelnerowi - dodaje Wiesław Kot i przytacza obrazek: - Pewien bar na Dolnym Śląsku uchodził w latach 80. za najcichszą placówkę gastronomiczną w skali kraju. Gości witał napis: "W wypadku wystąpienia hałasu, piwo będzie podawane wyłącznie do zakąski". - Mówimy cicho, bo ciągle się boimy, że kelner nas pobije - tłumaczy Wojtek Jagielski. Dr Katarzyna Korpolewska uważa, że Polacy są w restauracjach bardzo skrępowani: - Nie mieliśmy doświadczeń typu: mile spędzić czas w restauracji. W PRL szło się na dancing lub popijawę. Dziś przy kolacji ludzie chcą się zachować akuratnie, broń Boże nie wyjść na prowincjuszy. Gdy wchodzi się do restauracji na warszawskiej Starówce, słyszy się tylko głośne rozmowy cudzoziemców. Cudzoziemcy czują, że restauracja jest dla nich. Włosi hałaśliwie dyskutują i gestykulują. Polacy - cichutko nachyleni nad stołem, Niemcy - szeroko rozparci. - Ale wojnę to oni przegrali - mówię z satysfakcją do pani doktor.
Tajemnice polskie, odcinek 5
Koniec z opluskwianiem narodu! Dziś ogłaszam konkurs
Od miesiąca na moją prośbę, badacze życia społecznego wyjaśniają, skąd biorą się różne polskie obyczaje, np. ściąganie butów w gościach albo picie kawy w szklankach. Niestety, kolejna osoba po lekturze "Tajemnic" nie umiała zmierzyć się z prawdą. Tym razem był to "Patriota" z Bielska-Białej: "Nie wiem, czy jest pan Polakiem?" - pyta w liście. "Bo artykuł mógł napisać tylko zdeklarowany wróg Polski, np. faszysta niemiecki, członek UPA itp. Radzę przestudiować historię Polski i o ile jest pan Polakiem, napisać coś prawdziwego o Polsce i jej mieszkańcach". "Patriota" nie ułatwia mi życia i nie podpowiada nic "prawdziwego". Bo czy zadanie następnego pytania w tym cyklu, np. "Dlaczego w Polsce rybę je się dwoma widelcami, a w świecie zachodnim - nożem i widelcem", będzie tematem "prawdziwym"? Czy zawiera się w nim element antypolski, poniżający naszą kulturę?
"Sądząc z Pana podobizny na ww. artykule - pisze dalej >>Patriota<< - jest Pan człowiekiem młodym, którego nikt nie nauczył miłości do Ojczyzny, tylko Jej i Pana rodaków (?) bezkrytycznego opluskwiania". Autor postawił znak zapytania przy słowie "rodaków". Rzeczywiście, jest mało prawdopodobne, aby człowiek, który pyta, dlaczego w Polsce kawę pije się w szklankach, był Polakiem. W tej sytuacji proponuję od dziś ukrywać fakt, że np. widelce przywędrowały do Polski z Włoch. I obiecuję "Patriocie", że "Gazeta Wyborcza" nigdy nie zamieści dowcipnego zdania, że to "Włosi nauczyli nas jeść widelcem".
Inna czytelniczka - "Nauczycielka z Małej Miejscowości" pisze: "Ganię powierzchowność w Pana myśleniu, a także red. Tomasza Raczka, psycholog Katarzyny Korpolewskiej i reżyserów: Zanussiego i Orzechowskiego. Dowiadujemy się od nich, że wszystkim złym obyczajom w Polsce winna jest wieś. Polacy ściągają buty w gościach, bo są ze wsi. Nie pozwalają innym kierowcom zmienić pasa ruchu na jezdni, bo mają naturę wieśniaków. Warszawiacy nie posiadają właściwego stosunku do rzeki, gdyż nie chcą być uważani za wsioków..." "A może należałoby sięgnąć głębiej" - proponuje nauczycielka. "Czy Państwu nie przyszło do głowy, że winne temu jest narzucenie nam komunizmu? Kimś, kto mógł chłopów i robotników ciągnąć do góry, pokazywać wzorce i edukować, była zawsze inteligencja. Niestety, została zniszczona przez komunizm. Rolę nauczyciela zawłaszczyła sobie PZPR. Chłopi i robotnicy awansowali i przecież mieli prawo myśleć, że ich obyczaje, ich mentalność są w porządku. Nikt nie zasugerował, że mogliby coś zmienić. I do dzisiaj mają prawo tak myśleć. Dlatego tak normalne jest dziś, że w dużym mieście na weselu (wiem, bo byłam rok temu) panują obyczaje wiejskie. Otóż we Wrocławiu, w hotelowej restauracji, odbywały się oczepiny! A kiedyś mogły odbyć się tylko na wsi, bo był to wyłącznie chłopski zwyczaj! Winę za to wszystko widzę w skomunizowaniu naszego pięknego kraju". Filiżanka to estetyczny manifest.
Wróćmy do kwestii "Dlaczego Polacy piją kawę w szklankach?". "To jasne" - pisze Maria Ś. z Katowic - "z filiżanki pił element obcy klasowo". W piciu z filiżanki czytelniczka widzi coś więcej niż tylko czynność picia: "Wybór kształtu czy wzoru filiżanki to estetyczny manifest, przejaw indywidualizmu i danie wyrazu swojej osobowości. Szklanka to urawniłowka, stopienie się z tłem, burasowatością wielkiej płyty, segmentem, wersalką, czasem z tak zwaną >>rogówką<<, zdechłym goździkiem i pokwitowanymi rajstopami na Dzień Kobiet".
"Szklanka zwraca uwagę na kawę, a filiżanka na siebie samą" - podkreśla kolejne znaczenie filiżanki Katarzyna Strugacz z Zabrza.
Elżbieta Kozłowska z Warszawy uważa, że dotychczas drukowane dywagacje uczonych są na ogół nietrafne i dowodzą braku znajomości innych środowisk oprócz własnego. Pani Elżbieta ma inną teorię na temat fenomenu, jakim jest rozpowszechnienie się słowa "pieniążki", używanego zamiast "pieniądze". Nie zgadza się z teoriami dr Kunerta i dr Korpolewskiej, że nazywanie pieniędzy pieniążkami bierze się z chęci oswojenia ich albo oddemonizowania. "Proszę zwrócić uwagę - pisze - na język knajpiany: wódeczka pod śledzika z ogóreczkiem. Do tego piwko. W tym szeregu należy też umiejscowić >>pieniążki<<. Z czego wynika ta tendencja? Z potrzeby elegancji. Ludzie z tych środowisk w ten sposób czują się eleganccy. Jest to język ćwierćinteligencji".
Jeden z czytelników nadesłał wycięte z gazety ogłoszenie, w którym "pieniążki" są wabikiem na kobiety: "Nietuzinkowy pan koło czterdziestki kłania się Pani stałej w uczuciach, lubiącej wydawanie pieniążków". Pojawiła się też w listach teoria, że zdrabnianie słowa "pieniądze" jest rodzajem samoobrony. "Pieniądze są czymś o dwuznacznej wartości - dobrze je mieć, ale lepiej, aby wszyscy wokół myśleli, że mamy ich niedobór. Mówimy >>pieniążki<<, aby nie narazić się na włamanie tudzież posądzenie o grubsze oszustwo, korupcję" - tłumaczy Anna Wojtaczka z Witkowa koło Złotoryi.
Najwięcej reakcji wywołała jednak kwestia, dlaczego Polacy ściągają buty, przychodząc do obcego mieszkania. Henryka Otto z Krakowa przysłała mi nawet podziękowanie: "Serdeczne dzięki za poruszenie, bo męczę się z tym problemem całe życie, zakazując wręcz zdejmowania butów moim gościom. Czasem siłuję się z nimi, uniemożliwiając wykonanie tej dziwnej czynności, ponieważ jest to dla mnie wręcz ograniczanie swobód osobistych".
Najwięcej listów krytycznych dotyczących tego zwyczaju nadeszło z Krakowa. Piotr Marek Stawski z Krakowa zażartował nawet, że Polacy ściągający buty u obcych to kryptomuzułmanie, "gdyż w krajach islamu, wchodząc do domu, obowiązkowo zdejmuje się buty". Pan Anatol Hanftwurcel na podstawie wspomnień i własnych obserwacji pisze: "Nie mogę wyobrazić sobie, by przed wojną istniał wśród ludności miejskiej zwyczaj składania wizyt w skarpetkach czy pończochach". Jako jedną z przyczyn czytelnik wymienia korzystanie z kaloszy i botków, które wkładało się na męskie półbuty i damskie pantofelki. Po ich zdjęciu miało się zawsze czyste obuwie i nic nie groziło pięknej podłodze czy dywanom.
Agata Nocuń z Bytomia donosi, że w jej rodzinie od dawna klasyfikuje się gości na "ściągaczy" i "obutych". "Ściągacze" dzielą się na dwie podgrupy: bliska rodzina/serdeczni znajomi oraz obcy/rzadko bywający. Z bliską rodziną wszystko jest jasne. Są w strojach swobodnych, zmęczeni całodziennym bieganiem po mieście, ich stopy pragną odpoczynku. Czują się na tyle luźno, że zdejmują obuwie. Gorzej jest z drugą podgrupą. "Przeważnie są zapraszani na specjalne okazje - pisze Agata - i przychodzą ubrani elegancko. Już przy samym wejściu rodzice zapewniają, że ściąganie butów nie jest konieczne, bo sami poruszają się obuci. Naprawdę dziwnie wyglądałby mój tata elegancko ubrany z domowymi bamboszami na nogach. Jednak goście na siłę się rozbierają. Wtedy do akcji wkracza moja mama, wynosząc z łazienki zmoczoną ścierkę i informuje osobnika, że może powycierać podeszwy, jeśli tak troszczy się o czystość naszych dywanów. Przeważnie po krótkiej szarpaninie wygrywa przybysz i zwycięsko maszeruje do salonu bez butów. Gdy na spotkanie zostali zaproszeni sami >>ściągacze<<, sprawa jest prosta: taktownie uchyla się okno, pod pretekstem wywietrzenia dymu". Sprawa na przyjęciach u państwa Nocuniów komplikuje się jednak, gdy "ściągacz" zetknie się z grupą "obutych": "Jest to dość komiczny widok, gdy do sporej grupy ludzi w butach wkracza gość w skarpetkach. Nastaje krótka, niezwykle krępująca chwila ciszy, skarpetkowicz kurczy paluszki, chowa jedną stopę za drugą, próbując ukryć brak obuwia. >>Obuci<< natomiast z zaciekawieniem spoglądają na nieboraka i zastanawiają się, co zrobił z częścią swojej garderoby".
W wielu listach padało, pełne zdziwienia, pytanie: "A co w tym złego, że ludzie chcą ściągać buty?". Państwo pozwolą, że odpowiedź przemilczę. Uwaga, uwaga, konkurs!
Większość czytelników okazała się bardzo przenikliwymi obserwatorami swojego społeczeństwa. Ogłaszam więc konkurs na mini esej. Należy odpowiedzieć na dwa z trzech pytań:
l. Dlaczego w Polsce nie wolno chodzić po trawnikach ani na nich leżeć? We wszystkich zachodnich miastach ludzie leżą w parkach na trawie, nikt im tego nie zabrania. Co więcej - trawa w nowojorskim Central Parku czy w ogrodach Wiednia jest doskonale utrzymana, mimo że nieustannie deptana.
2. Dlaczego mężczyźni w Polsce noszą podczas upału skarpetki do sandałów? Zauważmy, że nigdy nie czynią tego kobiety.
3. Dlaczego chłopcy i młodzi mężczyźni masowo golą głowy na łyso, nawet jeśli takie fryzury nie pasują im do rysów twarzy ani często do całej postaci? Nie będą przyjmowane następujące odpowiedzi: a) jest upał i golą ze względów praktycznych; b) bo taka jest moda (jeśli tak, to jaka jest psychologia tej mody?); c) są skinami; d) fascynacja buddyzmem.
Na odpowiedzi czekamy do 18 sierpnia 2000, pod adresem: Mariusz Szczygieł, Czerska 8/10, 00-732 Warszawa. Do zdobycia 10 książek autora pt. "Niedziela, która zdarzyła się w środę".
Tajemnice polskie, odcinek 6, rozwiązanie konkursu
Panowie wolą chować stopy w skarpetki, niż wziąć się za ich leczenie
Poniosłem niedawno osobistą klęskę. Atak przyszedł ze strony pani Elżbiety W. z Krosna: "W kreowaniu głupot jest Pan mistrzem Europy. Upajanie się faktem, że w czeskim Warsie pił Pan piwo ze szklanej szklanki, a wino ze szklanego kieliszka, za to w polskim - z plastiku, utyskiwanie z tego powodu i angażowanie autorytetów naukowych do analizy tego faktu świadczy o jakiejś histerii, a może Pan ma zaburzenia hormonalne?".
Poczułem się wyobcowany i nierozumiany, więc wyjechałem do "złotej" Pragi. Żyję tu sobie już trzeci tydzień, a w czeskim Warsie poczyniłem nowe odkrycia. Czesi, wobec których mamy ogromne poczucie wyższości, kawę w pociągu podają w maleńkich, fajansowych filiżankach do espresso i jeszcze można za nią zapłacić kartą kredytową!
Jak Państwo zapewne pamiętają, na początku wakacji zorientowałem się, że jestem częścią społeczeństwa, które żyje bezrefleksyjnie. Razem z różnymi uczonymi osobami w "Gazecie na Plażę" dywagowałem, dlaczego żyjemy tak, jak żyjemy - na przykład dlaczego na pieniądze mówimy "pieniążki" albo dlaczego ściągamy buty, przychodząc w gości do zupełnie obcych ludzi. Teraz siedzę sobie na tarasie mieszkania w Pradze, na wzgórzu, i widzę taras Karela Gotta. Nieopodal wynajęli sobie cztery domy Johnny Depp i Vanessa Paradis. Co prawda mieszkają w dwóch, ale gdyby fani odkryli adresy, wyprowadzą się do domów rezerwowych (miesięczny czynsz wynosi 6 tys. dolarów za jeden dom). "Gazeta" dostarczyła na mój - o wiele tańszy - taras listy od Państwa. "Panie Mariuszu, >>Tajemnice polskie<< poruszane przez Pana nie są aż tak istotne, że trzeba robić z tego prasę. Goście w butach czy bez, nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia. Najważniejsze, że jako NARÓD umiemy mocno kochać, bawić się, pomagać w nieszczęściach Sobie i Innym Narodom, chociaż podobno jesteśmy społeczeństwem przypadkowym" - gani mnie pani Halina L. z Warszawy. Pani Halino, jako Naród zdaliśmy już kilka egzaminów i wydaje mi się, że jesteśmy na nowym etapie. Właśnie teraz możemy sobie wreszcie zrobić społeczną psychoanalizę. Dziś nadszedł ten właściwy czas, by zająć się niuansami.
"Czy Panu nie wstyd? - pyta pan Krzysztof Sidorkiewicz z Bydgoszczy. - W ramach "Tajemnic polskich" cytuje Pan obficie wypowiedzi niemalże jawnie zabarwione rasistowskim fanatyzmem. Jakże bowiem inaczej określić można rewelacje pani profesor Marii Szyszkowskiej, że Słowianie, w przeciwieństwie do Niemców, nie posiadają wrodzonego zmysłu estetycznego? Jak można nazwać odkrywcze myśli Wiesława Kota, że Czesi piją piwo dla smaku, a Polacy w celu utraty świadomości? Czyż nie jest czystym rasizmem głoszenie poglądów, jak czyni to eseista i historyk Arkadiusz Pacholski, że Polakom absolutnie nie przeszkadza smród w autobusach? Czy zatem nie wstydzi się Pan swego rasizmu, choćby nawet podawanego w żartobliwej formie i odnoszącego się do własnego narodu?".
Poszukałem pomocy w grupie wsparcia. Jest spora, bo po ostatnim odcinku "Tajemnic" nadeszło ponad sto listów od osób zadowolonych z "rozkołtuniania skołtunionych nawyków" (Janusz Szymanowski, Warszawa), ze "śmiechu na własny temat" (Irena Kozłowska, Świdnica), z "walki z cywilizacyjnym zapóźnieniem naszego społeczeństwa" (Z.A. Bentkowski, Mazowieckie), z sadomasoprzyjemnościowego grzebania w polskiej duszy" (Max, Będzin) itp.
Sto listów to sto odpowiedzi na konkurs, który ogłosiłem - prosiłem o odpowiedzi na trzy pytania.
1. Dlaczego w Polsce nie wolno chodzić po trawnikach ani na nich leżeć"
Przecież w wielu zachodnich miastach - zastanawiałem się - ludzie leżą w środku miasta na trawie, która jest doskonale utrzymana, choć stale deptana. Dlaczego nie można tego robić w Polsce? "Tym bardziej że większość zachodnich filmów pokazuje ludzi szczęśliwie bawiących się na trawie w centrum miasta" (Barbara Bar, Warszawa).
Niemal wszyscy uczestnicy konkursu znaleźli tę samą przyczynę: psie odchody. Można zabrudzić się nimi, a potem wracać do domu z ubrudzonymi spodniami przez całe miasto. "Rząd powinien wprowadzić nakaz sprzątania po swoim piesku. Takie zachowanie jest akceptowane u wielu naszych europejskich sąsiadów" (Iwona Koszewska, Warszawa). Jednak lęk, jaki Polacy żywią wobec swoich trawników, ma także inne źródła. Bartosz Cichocki z Warszawy: "Uważa się, że leżenie na trawnikach to nieodłączna cecha stanu upojenia alkoholowego i moralnego upadku". Potwierdza to Maciej A. Koncerewicz z Łodzi: "Kto - w powszechnym pojęciu - leży na trawie? Nygus lub pijak!". Dalej z analizy Bartosza Cichockiego: "Uważa się, że trawniki są dla zwierząt, a dla ludzi są chodniki albo wydeptane ścieżki. Uważa się, że trawa, nawet w postaci czystej, brudzi. Trawnik jako wartość sama w sobie gości w polskiej kulturze (i środkowoeuropejskiej) od niedawna i, jak sądzę, Polacy nie przyzwyczaili się jeszcze do korzystania ze wszystkich opcji tego urządzenia". Pani Magdalena Jasiniak z Wyszkowa i pan "Michał z Warszawy, lat 51" strach przed wejściem na trawnik łączą z okresem socjalizmu. "Budowano wtedy betonowe osiedla bez śladu zieleni. Trawniki były na wagę złota, stanowiły jedyną ostoję zieleni. Dlatego wejście z buciorami na trawę byłoby świętokradztwem" - pisze pani Magdalena. A dalej zauważa podobieństwo do pokoju umeblowanego na pokaz lub łóżka, na którym nie można usiąść, bo pogniecie się narzuta. "Nie będzie hołota niszczyła trudu człowieka pracy!" - dodaje pani Wanda Guz z Torunia. Słowem - po trawnikach nie pozwalał chodzić socjalizm?
"Trawniki były rzadkie, przeważnie przed urzędami, na reprezentacyjnych placach, i pełniły rolę klombów. W parkach zaś rosła dzika, licha trawa, słabo nawadniana, przeważnie nie strzyżona, można było się wybrudzić od ziemi i śmieci, więc nikt nie siadał. A jest też oczywiste, że kulturalny człowiek nie chodzi po specjalnie zakomponowanym klombie czy gazonie trawiastym. Ot, cała tajemnica" - wyjaśnia pan Michał.
Wielu Czytelników podkreśla fatalną jakość najpierw socjalistycznej, a dziś postsocjalistycznej trawy. "Przejście po takim trawniku powoduje powstanie odleżyny na trawie, która w tym miejscu najczęściej już nie odrośnie" - zauważa Jan Sikora i marzy o trawniku zbliżonym jakością do dobrego boiska futbolowego. Ale jak powstaje taki trawnik? Pan Jan Kozioł z Gliwic pytał o to w Londynie. "To proste" - usłyszał od jednego z mieszkańców. -W mojej rodzinie strzyżemy ten trawnik codziennie od 150 lat".
2. Dlaczego mężczyźni w Polsce podczas upału noszą skarpetki do sandałów"
"Sprawa jest oczywista" - oznajmia pani Iwona K. z Warszawy. Uważa, że 70 proc. mężczyzn w Polsce cierpi na grzybicę stóp i paznokci i nic z tym nie robią. "Panowie wolą chować stopy w skarpetki, niż wziąć się za ich leczenie". "Wszystko bierze się z pobytu w wojsku" - usiłuje zrozumieć mężczyzn Zbigniew Chaberko z Krakowa. -Wojskowe buty i niezawiniony brak higieny stóp doprowadziły u nich do różnych schorzeń skóry, np. potówki czy grzybicy".
Sprawa jest także oczywista dla pani Iwony Łapińskiej z Gdyni. "Ten powód to niewiedza - pisze. - Daję sobie rękę uciąć, że mężczyźni nie zdają sobie sprawy ze swojej śmieszności. Być może panom skarpeciarzom wydaje się, że wyglądają wtedy bardziej elegancko i szykownie niż boso". Na delikatność poruszanej tutaj materii zwrócił moją uwagę Jacek Gilarski z Brwinowa: "Sprawy dotyczące naszego wyglądu dotykają najważniejszych dla nas uczuć: dumy i akceptacji. Czy nawyk ubierania się w skarpetki komuś przeszkadza? Nie dzielmy ludzi. Niech każdy ubiera swoje stopy, jak chce" - postuluje dalej pan Jacek. Otóż, panie Jacku, mnie nie przeszkadza. Przeszkadza jednak kobietom, np. pani Annie Konopskiej z Głowna: "Mężczyzna w szortach zawiązywanych na sznurek, do tego w sandałach i skarpetach, odbiera cały apetyt na mężczyznę!".
"Mężczyzna bez skarpet czuje się półnagi. Przyzwyczajenie do skarpetek jest tym powodem. Ich brak źle na nas działa" - broni mężczyzn Marcin Borejszo z Białegostoku. Kolejne dno tej sprawy odkrywają kobiety. Magdalena Jasiniak z Wyszkowa (socjalizm a trawniki): "W naszej kulturze męska stopa nigdy nie była uważana za coś godnego uwagi. Po pierwsze - musi być zaniedbana, bo stopa zadbana charakteryzuje faceta słabego i zniewieściałego".
"Ten mężczyzna - pisze o hipotetycznym Polaku pani Teresa Monika Rudzka z Lublina - najpierw walczył o wolną ojczyznę, teraz walczy o byt rodziny, o dobrą pracę, uczestniczy w poważnych zebraniach i nagle... gołe stopy. Ma być śmieszny i niepoważny? No kto się afiszuje z gołym i zadbanym ciałem? Pedały się afiszują!!!". "Prawdziwy twardziel nie używa nawet pumeksu. Mężczyzna musi być twardy na każdym centymetrze swego ciała" - sentencjonalnie wchodzi w meandry psychologii społecznej mężczyzn Katarzyna Gajek z Łodzi, zaś Teresa Monika Rudzka dodaje na zakończenie: "Może właśnie w zagrzybionych, niezadbanych i przynoszących wstyd stopach tkwi przyczyna, że większość mężczyzn, idąc z kobietą do łóżka, zdejmie wszystko oprócz skarpetek właśnie".
3. Dlaczego mężczyźni masowo golą głowy na łyso, nawet jeśli takie fryzury nie pasują im do rysów twarzy"
Na to pytanie odpowiedziało najmniej osób, ale za to większość odpowiedzi była, moim zdaniem, bardzo trafna. Ton nadają dresiarze. Są butni, aroganccy, wszyscy wiedzą, że za nimi jest siła (może mafia?), więc lepiej schodzić im z drogi. "A więc młodzi, którzy golą głowy na łyso, chcieliby mieć ww. atrybuty" - sądzi pani Jadwiga Matuszewska z Łodzi. "Chcieliby mieć także dziewczyny, pieniądze, czuć się >>kimś<<, a łysina jest komunikatem i ostrzeżeniem dla innych: nie jestem sam! Jak mi podpadniesz, to moi sprawią ci lanie, zejdź mi z drogi! Szpanuję łysiną, żeby nie być zaczepionym i pobitym". A więc łysa głowa bierze się ze strachu?
Teresa Monika Rudzka dręczyła 19--letniego syna kuzynki, aby odpowiedział, dlaczego "nawet bardzo pozytywne chłopięta, nie skini i nie dresiarze, golą głowy?". Przyznał, że on i jego koledzy, mimo że nie chcą być skinami, chcą, aby ludzie myśleli, że nimi są - "aby nikt nam nie podskoczył". "Ot, przebrał się kot za tygrysa" - skomentowała pani Rudzka. A więc łysa głowa bierze się z niedostatku cech męskich?
"Ulice pełne są osobników o beznadziejnie pustych oczach" - pisze Zbigniew A. Bentkowski z województwa mazowieckiego. - Swe poczucie bezpieczeństwa odnajdują w głośny sposób w grupie podobnych do siebie pałkarzy. Student o długich włosach to dla nich pedałek, na którym wreszcie można wypróbować studiowane przed lustrem ciosy. Na marginesie - tym młodym łysolom nie przeszkadza, że brak fryzury ujawnia ich niskie czoło i oczywiste małogłowie (są wyjątki z wodogłowiem), bowiem prezentacja postaci sprowadza się do wyników pobytu w siłowni. Obwód ramienia powinien przewyższać obwód głowy".
Ale powód może być jeszcze jeden. Tak twierdzi Agata Gołębiewska z Gdańska: "Mianowicie może nie być żadnej przyczyny, dla której noszą oni krótkie włosy. Po prostu nawet się nad tym nie zastanawiają".
koniec
|
|
Komentarze
2011-01-20 - Tomasz
Panie Mariuszu, ależ przyczyny tych przywar narodowych są oczywiste. Pierwsza, to wybicie polskich wyższych warstwy społecznych podczas II WŚ przez sowietów i Niemców, z tym, że sowieci jeszcze po wojnie dobili resztki tych ludzi lub zmusili ich do trwałej emigracji. Drugi fakt, to powszechne w Europie zjawisko migracji z ośrodków wiejskich do miejskich, choć u nas, w sowieckiej wersji, odbyło się to z celowym zburzeniem hierarchii. Dodam tylko, że oba w obu tych zjawiskach brali bardzo aktywny udział rodzice właściwie wszystkich założycieli Gazety Wyborczej, w której pan pisuje bez przerwy. Przeszłość ojca, matki, brata pana Michnika jest dość dobrze znana, ale proszę sprawdzić co robili za Stalina rodzice Aleksandra Smolara (1920 rok), K.Geberta, H.Łuczywo - i wszystko będzie jasne.
|
2011-02-06 - Alaska
To co Pan pisze oczarowało mnie w środku. Gdy szukałam jakichś informacji na temat reportażu i weszłam w tą stronę dostałam od razu natchnienia. To co Pan pisze jest dla mnie nadzieją że może będzie więcej takich dziennikarzy jak Pan. Proszę żeby pisał Pan więcej takich reportaży i porad dla początkujących pisarzy i nie tylko.
|
2011-02-13 - morze
Czytając o trawnikach można sformułować kolejną 'tajemnicę polską":rnDlaczego Polakom nie przeszkadzają psie odchody powszechne na polskich trawnikach.rnWielokrotnie jesteśmy świadkiem gdy estetycznie ubrani,wygladający na zamożnych, właściciele rasowych psów czule patrzą na wydalającego na trawnik pupilka bez żadnego skrępowania przed przechodzacymi obok.rn
|
2011-04-27 - joanna madou
Czy nie nabiera Pan ochoty, aby po ponad 10 latach od napisania tego serialu publicystycznego, powórzyć zabawę?. Przez ostatnie 10 lat z pewnością nie zaniknął zwyczaj zdejmowania butów czy też pieszczotliwego nazywania pieniędzy pieniążkami (swoją drogą - zawsze w odniesieniu do własnych pieniędzy nigdy wspólnych, budżetowych itd), za to upowszechniły się filiżanki z porcelany i kieliszki ze szkła. Mam wrażenie że pojawiły się nowe ciekawe zwyczaje jak obdarowywanie bliskich pieniędzmi lub bonami towarowymi w miejsce prawidziwych prezentów, organizowanie rodzinnych spotkań w "salach biesiadnych" (nie restauracji czy domu). Ciekawa też jestem do czego doszlibyśmy analizując humor polski z ostatnich 10 lat - popularne są kabarety w telewizji (wciąż te same i dość niskich lotów).
|
2011-04-29 - Aka
Zdejmujemy buty bo nasze mieszkania są bardzo małe - jeśli wiem, że pokój, do którego wchodzę jest też sypialnią to staram się zachować większą higienę, a nie ładować się do środka w butach prosto z brudnego chodnika. Oczywiście jeśli jest to specjalna okazja, wymagająca odświętnego stroju to zostaję w butach, ale jeśli zwykła popołudniowa kawa to korona mi z głowy nie spadnie jak zdejmę te nieszczęsne buty.
Tak samo jest z filiżankami - ładne, ale zajmują dużo miejsca w kuchennych szafkach. Kubki są praktyczniejsze.
|
2011-05-21 - J. Kapica
Świetne teksty! Z półuśmiechem i z pewnym zamyśleniem poczytałam. Wiele w tym prawdy jakiejś takiej nieodkrytej. Ze wsi, czy nie ze wsi- naywki mamy takie jakie mamy. Ciekawie jest spojrzeć na nie z perspektywy porównania z innymi kulturami, np. krajów sąsiedzkich. Byłoby cudownie, gdyby mógł Pan wznowić tę serię! Dziękuję!
|
2011-08-09 - slawczan
Myśłę ,że większość dziwactw będących normą w tym kraju bierze się z postchłopskiego charakteru naszego społeczeństwa oraz jego niskiej kultury materialnej: - zdejmowanie butów: przecież zdobycie dywanu w czasach tzw. komuny to był wysiłek potężny i musiał starczyc ten dywan na lata. A tu tratowanie buciorami? - picie kawy ze szklanek: jest to wynik upowszechnienia się picia kawy za tzw. komuny, która szklanki dostarczyć od biedy mogła ale prcelana? Dodatkowo na to nakładała się konotacja klasowa picia z filżanek - zezwierzęcenie panujące na drogach: kutura poruszania się samochodem po drogach na zachodzie Europy ma ok 100lat. U nas tylko 20. Kłania się postchłopskość Polaków - ludzie wyposażeni w mózgi na poziomie furamanki z gumowymi kołami nagle przesiedli się do pojazdów z wieku XXI
|
2011-08-09 - slawczan
Na to oczywiście chłopska aspołecność - najwaniejsze ,ze ja. No i nieomal seksualna fetyszyzacja samochodu - to jako wynik upośledzenia materialnego społęczeństwa - zakaz chodzenia po trawnikach. Tutaj kłania się nasza władza: lubi by było ładnieale ale bez pracy. Owe tratowane cielskami trawniki w Paryżu, Budapeszcie itd. są mimo to piękne bo są DBANE przez włodarzy ww. miast. Podkład kultury - (nie)posprzątanie psiej kupy/swoich śmieci ,myślę ,że jest czynnikiem drugorzędnym wobec pracowstrętu naszych włodarzy. - lyse głowy - logiczne(częściowo) - maskowanie efektów łysienia+czynnik bojowy.Pies sztafford+ łysy łeb to musi być GROŹNE
|
2011-08-17 - Małgorzata
Panie Mariuszu, także jestem za i proszę o kontynuowanie tego arcyzabawnego cyklu!rnUbawiłam się do łez, jak już nieraz u Pana. rnWiele pozdrowień
|
|
|
|

 Dziecko ma już rok!
Wrzenie świata ma rok. 10.09.10 otworzyliśmy księgarnię i mam nadzieję, że jej nie zamkniemy. W dzisiejszym warszawskim "Co jest Grane" (w dziale...
|
|