Mariusz Szczygieł okazuje sie inteligentniejszy niż w rozmowach "Na każdy temat" - o ile to oczywiście możliwe. Wydał właśnie drukiem tzw. reporterski plon ostatnich lat zatytułowany "Niedziela, która zdarzyła się w środę". Kontakt z ludźmi jest naturalnym żywiołem Mariusza, jest rodzajem jego twórczości; właściwie nie musi on pisać, aby mieć poczucie samorealizacji - przypochlebiła mu Małgorzata Szejnert, jego szefowa z czasów, kiedy jeszcze drukował reportaże w "Wyborczej".
Dla Szczygła jak dla Szymborskiej: co zdanie to puenta, nie ma paradoksu - nie ma akapitu. O bezrobociu w niejakim Chojnowie można pisać statystyką, ale to dobre w sprawozdaniu dla wojewody. Można pisać faktami, ale wystaczają co najwyżej na rozhuśtanie pióra: Na początku marca brat doniósł na brata, że nie przysługuje mu zasiłek. Można wreszcie pisać obrazkiem: w ubiegłym roku jakiś facet bez zawodu chodził pod Urzędem Miasta z transparentem "PRACY!". Aby nie robił wstydu, przedstawiono mu trzy oferty, lecz żadnej nie przyjął. I dopiero to się nadaje do prasy. W trzech reportażach Polska nie jest ani tryumfująca, ani zdołowana, jest po prostu dziwaczna. Praktyki onanistyczne, środowisko Amwaya, budowa bazyliki w Licheniu, disco polo i nadawanie własnym dzieciom imion, zaczerpniętych z wenezuelskich seriali tworzy klimat duchowy, w jakim bytuje pokolenie Polaków w latach 90. Szczygieł nie wyśmiewa się i nie potępia - wyciąga tylko proste wnioski z faktu, że zaledwie 7 proc. rodaków skończyło studia wyższe, w tym połowa trybem zaocznym w prowincjonalnych ośrodkach akademickich. Im się może podobać fasada kościoła licheńskiego, która przypomina jednocześnie Pałac Kultury i Bazylikę św. Piotra albo fraza ze znanej piosenki disco polo: Bara bara bara, riki tiki tak | jesli masz ochote, daj mi jakis znak. Oni też przeżywają dramatyczne kontrowersje - na swoją miarę. Ot, któryś żołnierz w tekście o polskim onaniźmie relacjonuje, że ten proceder najłatwiej uprawiać w trakcie pełnienia służby wartowniczej. Dotknęło to jedną z czytelniczek, która nie umie pogodzić onanizmu wojskowego z chwałą oręża polskiego: Tyle się mówi o bohaterstwie Polaków, wojska polskiego, (...) tyle pomników męczeństwa, Katynia, tyle sztandarów pięknie haftowanych, pochylonych nad grobami żołnierzy, czemu więc w ludzkich mózgach ma się zarejestrować żołnierz polski, onanizujący się na warcie (...).
Mariusz Szczygieł pisze o bardzo biednych i bardzo bogatych, ale anie dla jednych, ani dla drugich nie ma litości. Menadżerowie z jego reportaży opieprzają podległych sobie szefów w obecności ich sprzątaczek. Jego najubożsi dają do pracy cwaniackie ogłoszenia, żeby zarobić na biedniejszych i głupszych od siebie. Już wydawało się, że Szczygłowi nie ma co wybaczać, a tu przed całą Polską dał plamę, zmieniając w tekście zespołu Bayer Full kultowe "Butelek rząd pokryje szron" na bezmyślne "Butelek rząd pokryje ląd". Mógł pan przestawiać litery w nazwisku prezydenta, ale w Polsce lat 90 nie wolno zmieniać tekstów zespołu Bayer Full. Razem z całą Polską - wstyd mi za pana!
KOT