|
Posłowie
|
Martin Pollack (austriacki pisarz, dziennikarz i tłumacz literatury polskiej, były korepsondent dziennika „Der Spiegiel“ w Wiedniu i w Warszawie, autor „Śmierci w bunkrze“, nagrodzonej w 2007 Angelusem) w posłowiu do niemieckiego wydania „Gottlandu“:
Na Wielkanoc 1962 roku, a byłem wtedy uczniem, pojechałem pierwszy raz do Pragi. Moi krewni byli oburzeni i próbowali wybić mi tą podróż z głowy. Praga leżała za żelazną kurtyną, jak to się wtedy nazywało, a komuniści w wielu Austriakach i nie tylko w nich wzbudzali strach i odrazę. Jednak nie dałem się odwieść od mojego zamiaru. Podróż prowadziła mniej uczęszczanym traktem, od mojego miasta rodzinnego Linz przez Budziejowice. Na małym granicznym dworcu austriackim Summerau wagon, w którym siedziałem został odczepiony. Jak zauważyłem spoglądając do innych przedziałów byłem w wagonie sam. Wszyscy, zarówno podróżni jak i konduktor, wysiedli . Przed wyjściem z pociągu konduktor zwrócił mi uwagę, że tutaj podróż się kończy. Kiedy pokazałem mu bilet do Pragi potrząsnął tylko głową. Po jakimś czasie przyjechała czeska lokomotywa i przejechaliśmy przez granicę. Po lewej i prawej stronie jednotorowego szlaku były zasieki z drutu kolczastego, za nim zaorane pasy ziemi (pole minowe, przeleciało mi przez myśl) i drewniana wieża strażnicza, z której przez lornetkę bacznie obserwował mnie jakiś umundurowany. Stałem w korytarzu przy otwartym oknie. Pokiwałem do niego, jednak on ani drgnął. W Budziejowicach mój wagon został podłączony do czeskiego pociągu. Kilku podróżnych wsiadło, jednak ja nadal byłem sam w przedziale. Kiedy minęliśmy Budziejowice przyszła konduktorka, widok dla mnie niezwyczajny, ponieważ w kolejach austriackich pracowali jedynie konduktorzy. Pamiętam, że była bardzo młoda, niewiele starsza ode mnie, ładna, mała, gruba, włosy miała zafarbowane na blond, na jasny blond, i miała monstrualne piersi. Po tym jak przeszła przez kilka wagonów, przysiadła się do mnie i próbowała nawiązać rozmowę. Jednak język niemiecki znała odrobinę, a ja po czesku nie znałem ani słowa. Śmiejąc opowiadała mi coś, z czego nie rozumiałem nic, i przysuwała się coraz bliżej, aż dotknęła mnie swoim wielkim, miękkim biustem – komunizm opisywano zupełnie inaczej, na razie uznawałem go za bardzo atrakcyjny i podniecający. W Pradze mieszkałem w hotelu Zlatá Husa, Złota Gęś, na placu Wacława. W mieście nie było w ogóle turystów, młody mężczyzna z Zachodu był rzadkością. Prawdopodobnie dlatego kelnerzy w restauracji hotelowej zajmowali się mną tak troskliwie, przede wszystkim starszy kelner (prawdopodobnie miał niewiele ponad 50 lat), nazywany panem Zdenkiem. Mówił świetnie po niemiecku i zaprosił mnie do swojego domu, jego żona chciała coś dla mnie ugotować. Mieszkali po drugiej stronie Wełtawy, w pobliżu wzgórz Letna. Kiedy wysiadłem z tramwaju zobaczyłem wznoszący się nade mną olbrzymi pomnik. Józef Stalin. Przypomniał mi włoskiego aktora, który grał komunistycznego burmistrza w filmach z Fernandelem, wielka figura z potężnymi wąsami wyglądała tak samo wściekle jak Peppone, kiedy Don Camillo znów splatał mu figla. Prawą dłoń przywódca proletariatu miał założoną na piersi, i wsuniętą za w połowie odchylony płaszcz jak Napoleon, w lewej trzymał książkę, za nim ciasno podążali, na lewo, postać niosąca flagę, która miała przedstawiać robotnika, rolnik, wydaje mi się, że przypominam sobie snopek kłosa, młoda kobieta w chustce na głowie, prawdopodobnie partyzantka, a na końcu radziecki żołnierz, bez czapki, trzymający karabin maszynowy w rękach. Z tyłu po prawej stali drugi robotnik z flagą, kobieta ze wsi, naukowiec i jeszcze jeden żołnierz (jak się później dowiedziałem czeski), który spogląda do tyły jak jego radziecki kolega. Długo stałem porażony tym widokiem, czegoś podobnego jeszcze nigdy nie widziałem. Pan Zdenek i jego żona przyjęli mnie jak gościa honorowego, w jadalni nakryto światecznie. Z mojego miejsca spoglądałem bezpośrednio na Stalina, nie mogłem od niego oderwać wzroku. Gdy zauważyła to moja gospodyni zasunęła kwieciste zasłony. Kiedy przyjechałem do Pragi następnym razem, kilka lat później, ten mostrualny pomnik na wzgórzach Letna zniknął, przypominam sobie tylko monumentalne, prowadzące do nikąd schody. Kiedy pytałem przechodniów, gdzie podział się pomnik, wzruszali tylko ramionami i odchodzili w pośpiechu, pan Zdenek nie pracował już w restauracji Zlatá Husa, a jego adres w międzyczasie zgubiłem. Dwa teksty w zbiorze reportaży Mariusza Szczygła zajmują się losem „ największego pomnika Stalina na kuli ziemnskiej“, który dla przywódcy światowego proletariatu kazali wykuć z granitu czescy komuniści w Pradze. W pierwszym, nosi tytuł „Dowód miłości“ polski reporter opowiada historię tego monumentu i jego budowniczych, czeskiego rzeźbiarza Otakara Sveca, syna cukiernika, który na krótko przed odsłonięciem swojego dzieła, dwa lata po śmierci Stalina, odebrał sobie życie. Widocznie nie był w stanie znieść dłużej obciążenia psychicznego, (przede wszystkim ze strony partii kontrolującej nieustannie każdy szczegół jego pracy, korygującej i krytykującej), na ktore narażony był od momentu przyjęcia tego politycznie drażliwego zlecenia. Drugim bohaterem reportażu jest inżynier Vladimir Krizek, któremu prawie osiem lat po wybudowaniu pomnika zlecono usunięcie go z obrazu miasta, w pełni zaczęło się odstalinizowanie. Jako jedyną możliwość zaproponował wysadzenie tego monstrum w powietrze. Jednak Krizek otrzymał partyjną wskazówkę, aby wysadzić go „dostojnie“, tak aby „nie naruszyć powagi ZSRR “. To jak Mariusz Szczygieł montuje z pojedynczych fragmentów, wspomnień, dialogów, przypadkowych zdarzeń i anekdot, swoje ironiczne, zabawne, potem znów smutne do łez kolaże, można nazwać jedynie wirtuozerią – to prawdziwa lekcja reportażu literackiego. W drugim tekście o pomniku Stalina, jednocześnie małym postscriptum do pierwszego, o tytule „ Ofiara miłości“, Szczygieł zaznajamia nas z najnowszymi wynikami swoich poszukiwań. Pierwszy reportaż pierwotnie ukazał się w 2004 w warszawskim dzienniku „Gazeta Wyborcza“, dwa i pół roku później, tydzień przed oddaniem manuskryptu do druku Mariusz Szczygieł otrzymał od czeskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych nowy materiał dotyczący samobojstwa rzeźbiarza Otakara Sveca. Svec leżał ponad 50 dni w swoim mieszkaniu wypełnionym gazem, zanim ktoś zauważył jego zniknięcie. Policja wywarzyła drzwi. Było to na krótko przed odsłonięciem pomnika. Mariusz Szczygieł pozwala nam wejrzeć w swój warsztat reportera. Wszystko wydaje się proste, żadnych trików, żadnego podwójnego dna, czasem mamy prawie wrażenie, że spoglądamy mu podczas pisania przez ramię. Bez wątpienia jest to jedna z mocnych stron Szczygła, nikt inny nie rozumie tego tak jak on, co trzeba zrobić, żeby zaprezentować rzeczy, tak oczywiście, tak zajmująco, że możnaby prawie zapomnieć, ile pracy tkwi w każdym tekście. Przy dokładnej lekturze zauważa się najpierw, jakiego precyzyjnego robotnika ma się przed sobą, wielkiego stylistę, pedantycznego rzeźbiarza, który każde zdanie, każde słowo wygładza i poleruje z ogromną troską, aby nie było żadnych krzywych obrazów, i który nigdy nie daje się zaplątać w stereotypowe myślenie. Każdy reportaż jest sam w sobie małym dziełem sztuki, każdy trochę inny, w sposobie opowiadania i prezentowania historii. Wzorowa jest także dokumentacja, którą wykazuje się Mariusz Szczygieł jak obeznany historyk, wyszukuje nieznanych świadków i świadectwa, przekonuje ludzi do mówienia, bez zniesławiania kogokolwiek. Jak łatwe byłoby to w reportażu o czeskiej aktorce Lídii Baarovej, piękności lat trzydziestych, uwielbianej w tym samym stopniu zarówno przez Adolfa Hitlera, jak i Josefa Goebbelsa, którego kochanką w końcu została, po wojnie została aresztowana przez Czechów, jednak kolaboracji z Niemcami nie można było udowodnić, kontynuowała swoją karierę jako gwiazda filmowa. Po odzyskaniu wolności udało jej się uciec do Austrii, gdzie osiedliła się w Salzburgu. Gra tylko kilka ról w filmach, w teatrze, ale jej wielka kariera przeminęła. Kiedy pierwszy raz przyjechała do Pragi w roku 1989, liczni wielbiciele urządzli jej entuzjastyczne przyjęcie. Jak donosi Mariusz Szczygieł po śmierci Baarovej w roku 2001 mówi się o niej w Pradze z pełnym zrozumieniem: „W końcu to tylko kobieta “. Zebrane w tym tomie teksty, wszystkie dotyczą Czechosłowacji i Czeskiej Republiki, są świadectwem witalności polskiej szkoły reportażu, do której wybitnych przedstawicieli należy Mariusz Szczygieł. Studiował politologię i dziennikarstwo w Warszawie i po krótkim stażu w tygodniku rozpoczął w 1990 roku pracę dla ponadregionalnego dziennika „Gazeta Wyborcza“. W połowie lat dziewięćdziesiątych zmienił ją na telewizję, gdzie prowadził popularny, ale inteligentny talk - show. Oprócz tego nauczał dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Chociaż był znanym i odnoszącym sukcesy mistrzem rozmowy, przed kilkoma laty Szczygieł wrócił do „Gazety Wyborczej“, aby całkowicie poświęcić się reportażowi pisanemu. Dzisiaj prowadzi dział reportażu gazety. Polska szkoła reportażu? Bardziej powinno się mówić o małym polskim cudzie. W każdym razie w „Gazecie Wyborczej“ ukazuje się tyle wiele wspaniałych reportaży ile we wszystkich gazetach niemieckojęzycznych razem wziętych, może nawet więcej. Jak to możliwe? Jak dokonuje tego Mariusz Szczygieł i jego towarzysze broni w „Gazecie Wyborczej“? Gdy raz postawiłem mu to pytanie, zaśmiał się tylko, ma niewiarygodnie sympatyczny śmiech, aby potem skromnie zwrocić uwagę na wielkie wzory takie jak Hanna Krall i Ryszard Kapuścinski, którzy niepodzielnie związani są z „Gazetą Wyborczą“. Coś w tym z pewnością jest, reportaż literacki ma w Polsce wielką tradycję, która nigdy nie została zerwana, inaczej niż w krajach niemieckojęzycznych, gdzie od lat opłakuje się upadek dawnej królewskiej dyscypliny dziennikarstwa, bez zrobienia czegokolwiek aby temu zapobiec, jak na przykład stworzenie w gazetach wystarczająco miejsca dla gruntownie zdokumentowanego, dobrze napisanego, kiedy to konieczne: obszernego reportażu, nie mówiąc zupełnie o koniecznych wymaganiach finansowych. Do tego zalicza się przede wszystkim obszerna wymagająca czasu dokumentacja, przy której poświęcenie kosztów jest sprawą naturalną. To dotyczy także Polski, a mimo funkcjonuje to tam, co udowadnia niniejszy zbiór. Bardziej przekonującego dowodu niż zebrane w tym tomie teksty nie mogę sobie wyobrazić.
Martin Pollack Tłum. Angelika Kuźniak
|
|
|
|
|

 MACHINA, Marzec 1997 r.
Odkąd prowadzi talk show "Na każdy temat" w Polsacie, Mariusz Szczygieł jest postacią obowiązkowo pojawiającą się w plotkarskich...
 1
Długopis spadł mi ze stolika w kawiarni Nowy Świat. Schyliłem się i zobaczyłem, że na podłodze leżą dwie rzeczy: oprócz długopisu w szczelinie między nogą stołu...
|
|